Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 lutego 2010

Czas na podsumowanie





Pomimo, że w tytule zawarta jest cyfra "2", podsumowanie to nie będzie skupione wyłącznie na drugiej połowie roku. To także płytki, które mi umknęły w pierwszym podsumowaniu. Co więcej, nie wszystkie zeszłoroczne pozycje warte uwzględnienia tutaj wymienię z bardzo prostego powodu - nie miałem czasu ich sprawdzić. Tak więc jeżeli któryś z tych zaległych albumów uznam za warty wyróżnienia, to zrobię to w tym roku przy okazji którejś z notek. Czyli nie rzucamy kamieniami, jeżeli jakiejś mega-wypasionej płyty zabraknie, ok? Polecam czytać w dwóch turach bo trochę tego jest.
Zdaję sobie sprawę, że nie każdy musi znać niżej wymienione płytki, wiec starałem się w miarę możliwości pododawać linki do youtube z wyselekcjonowanymi trackami.

Polski Rap

Poza udaną płytą Mesa, o której wspominałem kilka miesięcy temu, warto też zwrócić szczególną uwagę na trzy pozycje.
Pierwszą jest oczywiście debiutancka (na legalu) płyta TeTrisa. Recenzowałem ją więc rozpisywać się nie będę. Z pewnością był to pewien moment przełomowy dla polskiej sceny, bo każdy obeznany w temacie od lat wie kim jest trio: Tet, Smarki, Jimson, którzy moim zdaniem zapoczątkowali równoważenie sił między undergroundem, a mainstreamem. A przełomem jest to, że w końcu jeden z nich wydał legalnie płytę i nie stracił nic ze swojej wyrazistości ani "undergroundowości".
Drugą płytą, którą chciałbym wyróżnić jest "Lavorama". Dość sceptycznie podchodziłem do tego albumu, bo mimo achów i ochów napływających do mnie z wszech stron, poprzednie płyty Ortegi nie rozłożyły mnie na łopatki. Jednak najnowsza płyta Part00 i Pitera to zupełnie inna historia. Po pierwsze to chyba najlepsza kumulacja świetnych sampli jaką słyszałem. Kawałki takie jak "No to klaśnij" czy "To Historia" można słuchać w nieskończoność. Nawet raperzy za bardzo nie zepsuli końcowego efektu. Co prawda Reno jak nie mogłem słuchać tak nie mogę, Spinache'a potraktowałem skipem, ale reszta wypadła naprawdę nieźle. Zdecydowanie na wyróżnienie zasługują Mielzky (którego wcześniej nie słyszałem, więc pozytywne zaskoczenie tym mocniejsze) i Jesse Maxwell perfekcyjnie płynący w "North Starr". No i Tede, który niezwykle bangerowym "Dokąd tak gnasz" w jakimś stopniu zrehabilitował się w moich oczach po ostatnich słabiutkich płytkach.





Gdy już powoli rok zbliżał się ku końcowi i wydawało mi się, że nic ciekawego się nie ukaże, wyszła przez wielu oczekiwana płyta Małpy. Wyczekiwana z głupiego powodu - bo miał to być prawie debiut. Tak na dobrą sprawę, niewielu słyszało do niedawna o Małpie - ja np. wiedziałem wyłącznie, że nagrywał kiedyś z Jinxem. Jeszcze mniej osób słyszało jego nagrania. No ale "Kilka numerów o czymś" to z pewnością jedna mocniejszych pozycji ostatnich lat.
Nawet daleki od doskonałości głos Małpy nie odbierze siły tej płycie. Emanująca miłością do hip-hopu liryka, technika, bity, świetne cuty - wszystko pięknie współgra i naprawdę na długo nie pozwala się oderwać. Całość dopełnia genialny (tak, GENIALNY) featuring Jinxa (dla mnie top 3 polskich liryków obok Esdwa i Teta). Album spokojnie mógłby służyć jako wizytówka polskiego rapu, tego dobrego polskiego rapu.

Wrocław zaserwował nam mega pakiet albumów, z których każdy zasługuje na to, żeby poświęcić mu kilka godzin.
Po pierwsze funkowa strona Wrocławia - Prys i Bleiz. Prys szerzej rozpoznawany głównie z featuringów i Bleiz szerzej rozpoznawany z....featuringu...z Mesem. "Wroakland Mixtape" świetnie prezentuje tą słynną funkową szkołę stolicy Dolnego Śląska. Dla mnie to jedyna polska rap płyta nadająca się na imprezę (przynajmniej taka, która sobie przypominam). Uprzedzam pytanie - 2cztery7 to Mes i dwa statywy, a statywy mają to do siebie, że rapować nie potrafią.
Trochę niżej oceniam Epkę Jota. Typowa przyjemna produkcja po przesłuchaniu której zapominasz o niej. No w tym przypadku zostaje w głowie flow Jota, ale tylko tyle. Od takich zawodników wymaga się więcej.
W tym miejscu powinienem zacząć "I kolejna funkowa płytka z Dolnego Śląska", ale tak nie zacznę, bo Łozo wyciął wszystkim numer i podkręcił znacznie temperaturę kabiny. O tym, że Pitahaya lubi pouczać to wszyscy wiedzą, ale zawsze było to zbieżne z brzmieniem legendarnego - dla niektórych - Drutz. Tutaj jest inaczej - ciężkość liryki i bitów w niczym nie przypomina wcześniejszych nagrań Łozo, ale nadal się wyróżnia na polskiej scenie.
Zanim opuszczę Dolny Śląsk warto rzucić światło na jeszcze dwa albumy. Na jeden, muszę przyznać, czekałem z dużymi oczekiwaniami. Mowa o Waldemarze Kaście. Krótka, bo zaledwie 13trackowa płyta "13" absolutnie spełniła moje oczekiwania. Nie wiem czemu, ale bardzo lubię Wallego, jego sposób składania rymów i taką prostotę w rapie. Pewnie znajdą się malkontenci, którzy wytkną mu banalne teksty, ale przecież "rap ma być dobry, nie trudny".
Mocny album Trzeciego Wymiaru. I to dziwne, bo to produkcja dwupłytowa, a od takich - jeżeli nie nazywasz się Notorious BIG - powinno trzymać się z daleka. Siła tej płyty to głównie bity i w tym miejscu wielkie brawa dla Creona i Kut-O, którzy nie powielili wyczerpanej już lekko formuły "ciężki, karkołomnych bitów", a naprawdę dali ogień. W sumie, jeden z solidniejszych albumów w tym roku.
Co jeszcze z ciekawszych rzeczy? Na pewno warto wspomnieć wydawnictwo White House - "Poeci". Ale raczej tylko ze względu na oryginalność, bo samo wykonanie (poza Numerem) nie zachwyca. No ale to specyficzna produkcja i niech każdy odbiera ją jak chce.
Pezeta kupiłem, położyłem na półce, po 4 miesiącach sprzedałem z zyskiem 5 dych. Podobno słabo, co chyba zaskoczeniem nie jest.
Ciekawy powrót Warszafskiego Deszczu, ale tez bez rewelacji.
W kategoriach rozczarowania traktuje za to 2 płytki: Ensona i Skorupa.
Domyślam się, że Enson starał się określić jako nie tylko specjalista od ciętych punchlinów - stąd właściwie tylko jedno bragga na cała Epkę - ale efekt jest taki sobie. Od przeciętności ratuję featuring Laika, którego ktoś kiedyś świetnie określił - parafrazuje: "mogę nic nie rozumieć z tego co rymuje Laikike1, a i tak się jaram tekstem".
W Skorupie natomiast pokładałem duże nadzieje i czuję duże rozczarowanie. Jeden świetny storytelling "O dwóch takich", może z 2 kawałki, które mogą wpaść w ucho przy braku czegoś lepszego i to wszystko. I jeszcze Grubson, którego osobiście nie dzierżę i słuchać nie mogę. "Pieść Walejdoty" > "Droga Watażki"


Ogólnie dobry rok dla polskiego rapu. Kilka pozycji do których z pewnością będziemy wracać w kolejnych latach, sporo przyzwoitych albumów i wśród tych najbardziej oczekiwanych raczej bez rozczarowań. Spokojnie można by obdzielić dobrymi płytami każdy miesiąc i czy trzeba czegoś więcej?

Rap Zagraniczny

Już w tym momencie wiem, że będę miał problem z końcowa oceną tego roku w Stanach. A to za sprawą albumów, których wyczekiwałem. Nie było ich dużo - to prawda - ale jednak. Do rzeczy.
Jak pisałem w podsumowaniu półrocza, "Survival Skills" KRSa i Buckshota to mój główny cel na ten rok. Zdawałem sobie sprawę, że Teacha od lat nie jest w formie, ale tutaj głównie o tego mniejszego chodziło. Tak czy inaczej wietrzyłem co najmniej bardzo dobry album. Jest najwyżej średni i to dzięki:
a) gościom, bo fajnie jest znowu Pharoahe Moncha usłyszeć, sprawdzić K'naana na mocniejszym bicie, czy kolejną zwrotkę mojego guru o inicjałach TK
b) tytułowemu "Survival Skills"
c) Buckshotowi

Co psuje końcowy efekt? Bity, które mimo, że każdy ciężki gatunkowo, za nic nie chcą stworzyć jedności.
Momentami Kris czuje się jak na swoim solo, albo jakby pisał biblie, ale na to jak pisałem byłem przygotowany. I żeby była jasność - nie uważać "Survival Skills" za słaby album, bo każdy z tych tracków da się słuchać. Ale po to się chyba przygotowuje albumy, żeby tworzyły jakąś koncepcyjną całość. No ale ja się tam na rapie nie znam.
Drugą pozycją mocno wyczekiwaną - szczególnie mając w pamięci EMC - jest album Masta Ace'a i Edo G. Tutaj, z tego co się zorientowałem, opinie są dość jednorodne. Tak jak w "Survival Skills" wszystko psują bity, z tym że u Ace'a są zwyczajnie słabe. Z wyjątkami jak "Fans" (po którym ciary mogą się pojawić na plecach i róż na policzkach) i "Good Music" nie ma do czego wracać i pod znakiem zapytania chyba można by postawić drugą część tytułu płyty ("Arts and Entertainment"). Od Masta Ace'a trzeba więcej wymagać, także w kwestii doboru bitów. Lirycznie jest bardzo dobrze i to ratuje te płytę przed totalnym zapomnieniem. A mogło być dużo lepiej lepiej na co wskazuje dawny wspólny trak tych dwóch raperów - Wishing powodujące mimowolne gapienie się w okno.
Spośród tych rozczarowujących mogę jeszcze wymienić Kool Keitha, którego płyty albo nie zrozumiałem, albo jest przeciętna jak Tadzio Norek. Zostawiam każdemu do oceny.

Nie wszystkie oczekiwane produkcje jednak mnie zawiodły. Po pierwsze Gift of Gab, który po raz kolejny potwierdził, że należy do ścisłej czołówki. Nikt nie klei tak perfekcyjnie technicznych wersów jak raper z LA. Nikt. Tak więc jeżeli ktoś jeszcze nie poznał Gaba, to gorąco polecam "Escape 2 Mars". Jedyne do czego można by sie przyczepić to długość płyty. 40 min to za mało, nawet dla mnie (preferuje płyty do 60 min). 1,2 tracki można było dorzucić.





Także Brother Ali nie zawiódł. "The Truth is here" może nie rozkłada na łopatki jak poprzednie płyty - "Undisputed Truth" a już na pewno "Shadows of the sun" - ale zapewnia ponad pół godziny naprawdę dobrego rapu. No i bardzo cieszy kawałek ze Slugiem. W sumie marzy mi się wspólny projekt tych dwóch; może kiedyś coś z tego będzie.

Rok 2009 to także 2 płyty producenckie, które przed premierą narobiły sporo apetytu, a po potem zostawiły równie spory niedosyt. Mowa o "IV" DJa Hondy oraz "Chemical Warfare" Alchemista. Obydwa krążki dostarczają kilka naprawdę mocnych numerów i tyle samo cienizn.
Np. Alchemist zafundował mi track roku - 3 moich obecnie ulubionych raperów: Talib Kweli, Evidence, Blu - a oprócz tego Fabolousa i track ze Snoopem i Jadakissem, którego za nic nie da się ugryźć, a co dopiero strawić. Mimo wszystko Alchemista płytę mogę polecić. Słabsze tracki można ominąć/wywalić, a wtedy zostaje naprawdę dobra płytka z doborową obsadą. Niewielu producentów jest w stanie zgromadzić na swoim krążku takich wykonawców jak Eminem, Kool G Rap, wspomniani Kweli, Blu, Evidence czy też Three 6 Mafia. Nawet Prodigy się spisał.
Gorzej sprawa wygląda z Hondą. Zaproszenie Mos Defa nie gwarantuje, że cała płyta osiągnie poziom legendarnego "Traveling Man". Właściwie nie wiem co napisać o tym albumie, bo w żadnej materii się nie wyróżnił. No chyba, że gościnną obecnością Freda Dursta z Limp Bizkit. Kompletnie zero emocji po przesłuchaniu, a także zero dawnego DJa Hondy.

Jeżeli chodzi o taką typowo hardcorową stronę rapu, to warto wspomnieć dwie produkcje.
Pierwsza to "Slaughterhouse" grupy(a raczej supergrupy) pod ta samą nazwą. Slaughterhouse (ang. rzeźnia) w pełni oddaje klimat tej płyty. Po pierwsze, dla wielu doborowy skład na czele z...no właśnie, ciężko powiedzieć z kim na czele, bo i Crooked I i Joell Ortiz to postacie rozpoznawane w rapgrze. Royce da 5'9" choćby dzięki współpracy z Eminemem też anonimem nie jest. Jedynie Joego Buddena nie kojarzyłem ale patrząc na dyskografię też trzeba przyznać, że do amatorów nie należy. Tak więc trzon jest, producenci też są - choćby Alchemist, Dj Khalil. No i rzesza fanów także. Nie chcę zbyt jednoznacznie oceniać tej płyty (tak jak następnej w kolejce), bo nie do końca czuję tak ostry, hardcorowy rap. Tzn. lubię typowe "pierdolnięcie" na bicie i liryce, ale nie w takich ilościach. Tak czy inaczej Slaughterhouse z pewnością przyjemnie (złe słowo, w złym miejscu) się słucha i nie ma potrzeby skakać po trackach. Na wyróżnienie na pewno "Sound off" oraz singlowe "The One".
Drugą płytą, która wpisuje się w ramy hardcorowe to oczywiście "A brand you can trust" La Coka Nostry. Z pewnością jedna z głośniejszych produkcji skoro nawet Lite swego czasu o niej napisał, z tym ze chyba usunął wpis :)
Podobnie jak w przypadku Slaughterhouse ocenę zostawiam innym, z jednym "ale" - La Coka Nostra mnie ani odrobinę nie ruszyła. Małym wyjątkiem, drobnym jak jądro komórkowe ameby, jest "Brujeria", które postawiłoby na nogi nawet sparaliżowanego (od pasa w górę). Gdy mówię, że ta płyta mnie nie ruszyła, wcale nie ujmuję umiejętności Ill Billowi czy Everlastowi. Po prostu jak wyżej napisałem - nie moje klimaty.

Od jakiegoś czasu obserwuję głupie zjawisko, któremu pewnie kiedyś poświęcę więcej linijek; a mowa o chrzczeniu niektórych wykonawców gay raperami. Byłoby wszystko ok gdyby to odnosiło się do tej listy, a nie do raperów trochę bardziej używających głowy i mających jaja rapować o uczuciach wyższych niż radość wypływająca z otwarcia butelki piwa zębami. Common to sztandarowy przykład.
Takie określenie pewnie niektórzy przypisaliby dwóm artystom, którzy bez wątpliwości dali jedne z mocniejszych pozycji w tym roku. Kid CuDi od czasu wypuszczenia "Day 'n' Nite" był jednym z najbardziej oczekiwanych debiutantów. I z pewnością nie zawiódł. Co prawda marudzi jak Młody Werter, ale czego oczekiwać od kogoś kto zaczyna płytę słowami "I got 99 problems and they all bitches"? Oczywiście upraszczam, bo "Man on the Moon: The End of Day" to nie esencja ze Sluga, Afrojaxa i Racy. To raczej ta bardziej wrażliwa strona natury rapera. Producenci tylko dopełnili dzieła serwując klimatyczne bity, które wprowadzają słuchacza w nastrój odpowiedni do odbioru tego albumu. Cieszę się, że Kanye West został w roli executive producer, bo martwiłbym się gdyby większość bitów wyszła z pod jego ręki.
Drugim tym złym gay raperem pewnie zostałby okrzyknięty K'naan. Gdy kilka miesięcy temu podrzuciłem klip do "ABC" nie zdawałem sobie sprawy na jak długo "Troubadour" pozostanie w moich głośnikach. Było ponad miesiąc. Marudziłem na wersję liryczną, ale wystarczyło się wsłuchać w takie kawałki jak "Fatima" (rozrywa serce) czy "Wavin' flag", żeby uznać, że ten argument nadaje się na złom.












Oprócz typowych oczu-wyciskaczy Somalijski artysta wychowywany przez pewien czas w USA, mieszkający obecnie w Kanadzie (nadążacie?) ukazuje imprezowo/rozrywkowy potencjał. "Bang Bang" przy dobrej promocji mogłoby się spokojnie wdrapać do pierwszej 10 jakiegoś MTV czy innego takiego programu. Ale tam inteligentnych nie chcą.
Kid CuDi i K'naan to nie jedyni młodzi (w miarę młodzi) raperzy, o których było głośno w zeszłym roku. Nie można zapomnieć Fashawn (chyba nie powinno sie odmieniać...). Znany głównie ze współpracy z Evidencem młodziak z Kalifornii był tym, który skupił uwagę w końcówce roku. Podchodziłem bardzo sceptycznie do jego LP, bo na featach najzwyczajniej mnie drażnił, a w najlepszym przypadku nie przykuwał do głośnika. Jednak jego album to dla mnie kolejny dowód na to, że nie powinno się w pełni oceniać rapera po serii mixtapów i featuringów.
Czuć z daleka, że w "Boy meets worls" każdy z współtworzących włożył nie mało czasu i energii. Efekt końcowy nie urywa głowy, ale oceny na światowych serwisach nie schodzące poniżej 4/5 mówią same za siebie. To dopiero początek przygody tego chłopaka z rapem i myślę, że jeszcze nie raz, nie dwa poczęstuje nas tak świetną, jeśli nie lepszą, płytą. Razem z Blu są wielka nadzieją Kalifornii i nie wierzę, żeby te nadzieje zostały niespełnione.
Gdybym miał wyróżnić jakieś numery to z pewnością "Our Way" z Ev, "When she calls" oraz "Freedom".
Był Somalijczyk mieszkający w Kanadzie, to teraz Rosjanin mieszkający w USA. Ivan Ives od 2, 3 lat wypuszcza kolejne płyty i tak na dobrą sprawę pod znakiem zapytania stawia moją tezę, że "czarni wysysają rap z mlekiem matki", no bo czy rapowi Ivana można cokolwiek zarzucić? Chyba nie. Niech świadczą o tym osoby, które z nim współpracują: Percee P, Black Milk, Oh No - to nie są ludzie z przypadku.
Każdy kto zna wcześniejsze nagrania Ivana ten wie czego może sie spodziewać. Najważniejszy element to wielka energia i charakterystyczne (naleciałe trochę słowiańszczyzną) flow. Aha, no i ładne panie na klipach.
Właściwie w tym momencie mógłbym skończyć, jednak jeszcze 3 pozycje, które zaskoczyły mnie jak pewna przykra kontuzja kolana kilka tygodni temu.
Tyle albumów i jeszcze ani jednej kobiety. Tak jak Prys i Bleiz określam się jako OG (oryginalny gentleman), więc taka sytuacja nie może mieć miejsca.
Jakoś na początku roku akademickiego trafiłem u Andrzeja Cały na notkę dotycząca Mae Day. Właściwie od poprzedniej płyty Stacy Epps obcy jest mi kobiecy rap - pod tym względem, ze nic nowego nie słyszałem - wiec z chęcią sprawdziłem "Cherish the day" - ostatnią płytę tej raperki i nie żałuję. Głosu jak Stacy nie ma, umiejętności wokalnych też, ale słuchalność i bity znakomite. Niestety niedostępne na necie są dwa numery, które chciałbym polecić tj. "DJ (same song)" oraz "Still love H.I.M", ale każdy kto chce może sobie ściągnąć cała płytkę stąd. Rozczarowanie - jeżeli nie jesteście uczuleni na kobiecy głos - nie wchodzi w grę.
Druga z niespodziewanych dla mnie rewelacji to "The Re-Roud" grupy Panacea. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że album ten jest zbiorem remixów starszych numerów, których po 5 oficjalnych albumach panowie z Waszyngtonu mają już sporo na swoim koncie. Każdemu kto jeszcze nie miał styczności z Panaceą, także mogę z czystym sumieniem polecić ich twórczość. Pamiętajcie do grobowej deski - do Rawkus Rec nie trafiają wacki (czyt. łaki (: )!
Na zachętę klip promujący "The Scenic Route".
Z pewnością Raw Poetic to jeden z ciekawszych MC, a i K-Murdockowi inwencji twórczej nie brakuje.
Wracając do "The Re-Roud", album jest o tyle niezwykły w swej niezwykłości, że rzadko, nawet bardzo rzadko zdarza się żeby remixy dorównywały oryginalnym wersjom, albo co więcej je przebijały. Na myśl przychodzi mi "Money Folder" Madvillain w remixie Four Teta i nic więcej.
"The Re-Roud" dostarcza cała tracklistę świetnych remixów, widać że nie potraktowanych jako zabawa MPCetką pomiędzy obiadem a deserem, a zrobionych naprawdę z głową i pomysłem. Brawo.
Ostatnia (tak, tak, już ostatnia) pozycja to zupełnie niespodziewany TOP3 roku 2009. Slug + Murs + ??? = FELT3 - tak przez pewien okres wyglądało równanie nad którym głowili się fani Atmosphere. Gdy w miejsce znaków zapytania pojawił się Aesop Rock połowa tych fanów osiągnęła szczyt życia, druga połowa zmarszczyła brwi. Ja się zaliczam do tech ze zmarszczonymi brwiami.
Nigdy nie przepadałem za produkcjami Aesop Rocka. Dla mnie są przekombinowane i nie czerpię żadnej przyjemności ze słuchania go. "FELT 3" stanowi wyjątek.Być mozę jest to spowodowane tym, że na bicie nie słyszę słabiutkiego Rocka tylko dwójkę świetnych raperów - nie wiem.
Tak czy inaczej "FELT 3" to kolejna płyta od Sluga, która bliska jest ideałowi. Całość wzmacnia to, że płyta ta jest dość długa - prawie 70 min - i ani razu nie ma się ochoty skakać po trackach co jest cholernie rzadkie w takich przypadkach. Równa płyta ma to do siebie, że ciężko jest wybrać najlepszy numer, ja jednak polecę singlowe "Chewed Up" oraz "Bass for your truck".
I to już chyba wszystko. Oczywiście przedstawiłem tylko wybrane pozycje. Wybrane różnymi kategoriami, czy to ze względu na jakość, czy ze względu na nadzieje jakie z danym krążkiem wiązałem. Jednak z tych już przesłuchanych, chyba żadnej pozycji nie ominąłem.
W najbliższych dniach powinna pojawić się u mnie recenzja jeszcze jednej płyty, która ostatnio dopadłem, ale na razie ciiiiiii. Niech temperatura rośnie.
Zakładając, ze wśród nieprzesłuchanych płyt nie znajduje się 5 Madvillainy i z 10 "Black on both sides" to 2009 jest bardzo przeciętnym rokiem. Na pewno wypada słabiej niż 2008 i 2007.
W tym roku ma się ukazać nowe Reflection Eternal, może także Black star, Pharoahe Monch ma dać płytę mocno nawiązującą do lat 90, a to tylko wierzchołek góry lodowej. Musi być lepiej.

PS. Co do ostatniego wpisu, w roli wyjaśnienia. Nikogo nie zmuszam do słuchania czarnego rapu. Uważam po prostu, że jeżeli ktoś ma ambicje określać się jako osoba kojarzona z kulturą czy to muzyką hip-hopową to rap z USA jest koniecznością. Zasada stara jak świat - nie wypowiadamy się na tematy o których pojęcia nie mamy. Jeżeli lubisz wyłącznie rap Stasia i Zbysia spoko. Nic mi do tego. Słuchaj tego co przynosi ci radość w końcu od tego jest muzyka. "I don't give orders, I make suggestions" - przeanalizujcie.

PS.2 Bez dissów na tego flasha u góry :) To moja pierwsza animacja i trochę niestaranna. Następne będą lepsze, bo już jako tako orientuje się w tej fajnej technice.

poniedziałek, 21 września 2009

TeTris - Dwuznacznie

"Mam dwie strony - awers, rewers, jak z moneta
dwie puste dłonie, które ciągle wróżą śmierć poetom"




Ciężko byłoby znaleźć trafniejszy tytuł dla debiutu Teta niż "Dwuznacznie". Tak samo jak ciężko jest znaleźć drugi polski album tak przesycony przeciwstawnymi emocjami, które na zdrowy rozsądek nie powinny być mieszane na jednej płytce. A może raczej, nie powinny być mieszane przez osoby, które mają problem z wyrażeniem choćby jeden emocji bez łamania pióra czy brnięcia w puste słowa wyciągnięte z piosenek idoli nastolatek.
Wszystko ma swój czas i miejsce. Na ten debiut czekała większa część hip-hopowej Polski, może z wyjątkiem osób, które powierzchownie zlizują lukier z tortu o nazwie rap. Ale o tym kim jest Tetris większość powinna wiedzieć.
Sporo trzeba było się naczekać, oczekiwań było więcej niż przy powrocie WFD i jeszcze więcej znaków zapytania. Czy Tetris poradzi sobie z tak wysoko postawioną przez fanów, ale także przez samego siebie poprzeczką? Czy zaprawiony bitwami freestylowymi oraz beefami da radę nagrać spójny album nie przepełniony po brzegi braggadoccio? I w końcu, czy autor recenzji w końcu skończy wstęp i przejdzie do płyty?
Długość wstępu adekwatna do czasu oczekiwania, przynajmniej w ten sposób staram sobie wynagrodzić lata, zimy, spadające liście i kwitnące kwiaty czekania na tę płytę.

Jeszcze przed ukazaniem się albumu mieliśmy szansę poznać dwa numery z niego, a to za sprawa podwójnego klipu "Dwuznacznie/TetRock".




Zagadka z pokojami z "Obudź się" została rozwiana po ukazaniu się tracklisty (przynajmniej częściowo), a całkowicie po premierze krążka. Każdy kolejny pokój ukazuje w mniejszym lub większym stopniu kolejne tracki z płyty. Do realizacji można się przyczepić, ale sam pomysł bardzo ciekawy. Teraz w końcu główne światła skierujmy na płytę, bo to ona gra tutaj główną rolę.

W 2004 roku obok debiutu Tetrisa(a moze raczej na odwrót) wyszła płyta Duże Pe "Sinus", właściwie oficjalny debiut tego rapera, który na dobrych parę lat stał się wyznacznikiem poziomu tzw. świadomego rapu. Błyskotliwe spostrzeżenia okraszone wybitną techniką i świetnymi bitami. Najlepsza lirycznie płyta bez dwóch zdań.
Przynajmniej do premiery "Dwuznacznie", bo LP Tetrisa to absolutne arcydzieło jeżeli chodzi o warstwę liryczną. Nie ma sensu zgłębiać teraz, który debiut Duże Pe czy Teta jest lepszy. Obydwa są jakimś tam przełomem.
Ale wracając do tekstów "Dwuznacznie". O poetyckiej, że tak powiem, choć to nadużycie, naturze Teta każdy doskonale wie jednak tytułowe Dwuznacznie wyznacza zupełnie inne standardy jeżeli chodzi o emocjonalny rap (nie mylić z emo rapem). Coś jak "Prawo do bragga" ustaliło kilka lat temu poziom samozwańczych linijek.
A więc niesamowite tytułowe "Dwuznacznie", miłosne "Chemafi" - świetnie zaaranżowany kawałek, czy "Dear mama 2" pod roboczym tytułem "MaMa". Właściwie mógłbym wymienić całą tracklistę, bo słabych wersów czy typowych "zapychaczy" tutaj nie usłyszymy.
Pisałem o ciekawych pomysłach. Kolejnym po klipie do "Obudź się" jest "einlacarwdoeiN". Storytelling uchwycony w lustrze czasu, zmuszający do kilkukrotnego uważnego przesłuchania. A także jak już wyjdzie wersja winylowa, do puszczenia początku tego numeru od tyłu (coś na wzór "Outro" 2LP Dinali). Tutaj niestety znalazł się, moim zdaniem, najsłabszy gościnny występ. Pogz świetnie sprawdza się w takich spokojnych, klimatycznych bitach, ale tym razem zawiódł moje i z tego co wiem nie tylko moje oczekiwania. Może dlatego, bo na za wiele liczyłem.
Absolutnie nie na raz jest także "IDeał". Zdradzał szczegółów nie będę, bo może trafią się jakimś cudem ludzie, którzy tej płyty jeszcze nie słyszeli, ale efekt zaskoczenia i banan na twarzy przy drugim odtworzeniu jest bezcenny.
Naturalnie jak na "Naturalnie EP" musiało się znaleźć przynajmniej jedno braggapodobne tworzywo i jest nim singlowy "TetRock".

"Ty twórz sztuczną otoczkę, ja mam swoje miejsce wewnątrz"


Zresztą przy tym numerze jak i przy wspomnianym tytułowym, Tet pokazał, że oprócz bycia czołowym raperem jest też utalentowanym producentem. Przyznam, że to dla mnie trochę zaskoczenie. Łącznie 5 bitów z płyty wyszło spod ręki Tetrisa i żadnego z nich nie mam ochoty przewinąć. Ale skoro już jesteśmy przy warstwie muzycznej to trzeba napisać kilka rzeczy, które muszą być oczywiste - jest świetnie. Oczywiste, bo nie sądzę żeby Tetris dopuścił, by znalazły się tam jakieś odrzuty. Na próżno szukać tutaj bangerowych "In da club" w polskim wykonaniu, nie ma także eksperymentów à la Emade. Jest za to naprawdę solidna, bardziej niż solidna oprawa, a bitu Creona do "Autorytet" nie powstydził by się Alchemist. Warto też wspomnieć, że większość bitów została zrealizowana przy pomocy żywych instrumentów, co nadal w naszym pięknym kraju tak częste nie jest.
Wspomniałem o Pogo, ale trzeba przyznać że oprócz niego pozostali goście naprawdę dali radę. O.S.T.R. tak trochę jak zwykle ostatnio, ale WENA, Łona czy Milumilu wypadli świetnie. Trochę zawiedziony jestem jeszcze Esdwa, ale w innym sensie niż Pogzem. Wszystkie zwrotki Esdwa jakie słyszałem to klasa światowa, a tutaj tylko europejska....
Co do wydania płyty, w moim posiadaniu jest akurat edycja kolekcjonerska - w digipacku i muszę przyznać, mimo że nie jestem fanem "kartonu", że bardzo fajnie to wygląda. Oczywiście całość dwuznaczna, bo jakże by inaczej.
Z niecierpliwością czekam na wersję vinylową, w zasadzie tylko ją miałem kupić, ale czekać tyle?
Kilka miesięcy temu, przy okazji premiery drugiego albumu Mesa, pisałem, że jest to jedna z najbardziej dojrzałych płyt w Polskim rapie. Tutaj mamy coś podobnego. Oczywiście to dwie różne osobowości, dwa zestawy cech, światopoglądów czy nawet podejścia do ludzi (w tym, tak, do kobiet). Ale można znaleźć cechy wspólne między tymi dwoma raperami. Obydwaj nie powtarzają wyświechtanych banałów wywałkowanych na wszelkie strony przez naszą scenę. Raczej skupiają się na własnych spostrzeżeniach i niech Bóg ich za to błogosławi, bo jeżeli rap ma przetrwać w jako takiej formie to prędzej czy później znowu warstwa liryczna stanie się centrum uwagi. Tak jak teraz wszyscy ekscytują się nowymi pomysłami na bity, samplowaniem wszystkiego co się da, tak w końcu to się znudzi i ludzie będą chcieli powrotu do treści, której przecież tak mało obecnie jest, a może zawsze u nas było.
Tetris jest od lat jednym z tych artystów, z którego wersami można się dość łatwo utożsamić czy też znaleźć jakąś odrobinę cząstki siebie. Bez opowieści z tysiąca i jednego osiedla, bez ubranych w arafatkę wersów reprezentujących słownik wyrazów obcych i zapomnianych czy też linijek opisujących permanentną walkę z policją, bo doskonale wszyscy wiemy, że te walki zawsze kończą się na "przepraszam panie policjancie" gdy delikwent zobaczy wyciągnięta pałkę (policyjną, ludzie, policyjną).
I w tym momencie ukazuje się, być może najmocniej "świadomość rapu" i odpowiedzialność za słowa. Czy Tet tego chce czy nie, czy którykolwiek raper tego chce czy nie, jest dla wielu młodszych idolem czy nawet autorytetem i w tej kwestii nie ma za wiele do gadania. Powstaje tylko pytanie "I co z tym zrobisz?". Albo zrobisz to co Peja na koncercie w Zielonej Górze nakręcając podpitych fanów, albo podkreślając dystans do roli idola rzucisz wersy na poziomie Teta, które na pewno są w stanie jakoś wpłynąć na kogoś pozytywnie. A więc Czarny czy Biały?
No ale właśnie, czy ta płyta jest w stanie w pełni dotrzeć do młodszych słuchaczy? Szczerze - nie wiem. Mi się wydaje, że w wieku 16 lat nie byłbym powalony tą płytą. Nie dlatego, bo jest wybitnie trudna, bo nie jest. Ale dlatego, bo brak by było u mnie doświadczeń, które jakoś dało by się powiązać z tym o czym nawija Tet. To trochę jak ze szczurem i dzwoneczkiem. Nauczony szczur na dźwięk dzwonka z błyskiem w oku biegnie do miski, aby rozpocząć ucztę. Nie wiem jak przed osiemnastką odebrałbym ten dzwonek, którym jest "Dwuznacznie". Mogło by się skończyć na tym, że posłuchał bym bitów, powiedział "fajne" i koniec, a przecież nie o to w tej płycie chodzi. Tak więc, jestem prawie pewien, że nie jest to płyta dla wszystkich, może się okazać, że wielu starszych może mieć problem z odbiorem.
Tak czy inaczej debiut Tetrisa to jest coś, co każdy musi przesłuchać - to czy usłyszy to już indywidualna sprawa. Takim trochę frazesem kończę tę recenzje. W oceny zazwyczaj się nie bawię, ale powiedzmy, że to co napisałem na twitterze, że ocena poniżej 9 to nieporozumienie.
Warto jeszcze podkreślić, że wcale nie jestem jakimś wielkim fanem Tetrisa. Jest on jednym z 5 raperów Polsce których mogę słuchać bez odruchu kierowania ostrego narzędzia w membranę głośnika - tyle.

No i jeszcze takie głupie skojarzenie. W wejściu do "Jeden świat" Tetris i W.E.N.A. na zmianę powtarzają "świat jest mój, jest mój, jest mój". No podejrzewam, że tylko mi się tak skojarzyło ale....

[Paul McCartney]
The Girl Is Mine, She's Mine
The Girl Is Mine, She's Mine

[Michael Jackson]
Don't Waste Your Time
Because The Doggone Girl Is Mine
The Girl Is Mine, The Girl Is Mine


Michael Jackson ft. Paul McCartney - The Girl is Mine

sobota, 8 sierpnia 2009

"Beaty, rymy, życie..." vs "Ego Trip" czyli "poczytaj mi mamo o rapie"



W swojej podróży po rapie, jego historii, znaczeniu i wpływach na społeczeństwo, każdy prędzej czy później natrafi na granicę którą trudno przekroczyć. Ja właśnie na nią natrafiłem.
Chcąc być na bieżąco z obecnymi nowościami z Polski i ze świata, ogarniając jednocześnie golden age oraz oldschool, a jednocześnie poświęcając czas innym ciekawym gatunkom muzycznym trudno się w tym nie pogubić a co dopiero znaleźć czas na kolacje....
Zacząłem więc szukać źródeł wiedzy, które jakoś usystematyzowały by mi informacje w głowie oraz poleciły co ciekawsze płyty. Wikipedia oraz ogólnie internet to ciekawy pomysł, ale problem jest taki że żeby coś znaleźć w wiki trzeba wiedzieć czego się szuka....
Natomiast wszelkie rankingi do których dotarłem obracały się w obrębie 10, 20 ksywek z Biggiem i 2Paciem na czele. To też raczej mało pomocne, jeżeli chce się zgłębić gatunek.
Tak więc sięgnąłem do książek.
"Ego Trip" oraz "Beaty, rymy, życie - Leksykon muzyki muzyki hip-hop" - dwie pozycje, które według wielu najrzetelniej i najbardziej fachowo zgłębiają nowojorski twór lat 70'. Są jeszcze książki Andrzeja Budy, ale te nie tylko wg mnie nie nadają się do niczego więcej, poza prezentacją maturalną.
Tak więc mamy dwie pozycje. Niezmiernie różne, ale do kogo ostatecznie powinny trafić?


"Beaty, rymy, życie - Leksykon myzki Hip-Hop"



Wydany w 2005 roku leksykon pod redakcją Radka Miszczaka (wszyscy powinni kojarzyć nazwisko choćby ze Ślizgu) i Andrzeja Cały (tak samo) to zdecydowanie najbardziej kompletna literatura w języku polskim traktująca o muzyce hip hopowej - tutaj myślę, że mało kto będzie z tym dyskutował. Mając do pomocy takich "hypemanów" jak Tymon Smektała czy Sławomir Jabrzemski (Druh Sławek) musieli stworzyć coś wielkiego. No i stworzyli.
Na pewno pod względem objętości, bo książka ta liczy ponad 600 stron nasyconych prawie wyłącznie rapem. Z tego miejsca (sprzed komputera) chciałem serdecznie pogratulować całemu zespołowi, bo ja z trudnością znajduję wytrwałość, żeby skończyć jedną notkę raz na dwa tygodnie. Respekt jak stąd po Bangladesz.
Nie samą objętością książka żyje, wiec warto się skupić na zawartości.
Na początek przystawka czyli wstęp, podziękowania oraz bardzo przyjemna niespodzianka w postaci krótkiej historii hip hopu autorstwa Druha Sławka. Następnie słownik pojęć - co uważam za genialny pomysł, bo odpowiadanie na pytania, które momentami dostaję na gg czy na youtube typu "Wytłumacz mi, co to jest punchline, trueschool, oldschool" albo "kto śpiewa andergrandowo" powoli mnie wykańczają. Oficjalnie odsyłam do leksykonu.
Ale jedno "ale". Jakież było moje zaskoczenie, gdy pod hasłami sponsorowanymi przez literkę "D" pomiędzy hasłami "DJ", a "Dystrybutor" natknąłem się na zwrot "Drive-by"....Ja wiem, że to był 2005 roku, rok premiery GTA San Andreas i wszyscy mieli świra na punkcie gangsterskiego życia, ala Eazy-E, no ale książce o rapie? Ok, przyjmijmy, że jest to często poruszany wątek, głównie w westcoastowym rapie i termin powinien być wytłumaczony. Przyjmijmy....
Dalej główne danie - encyklopedyczna część leksykonu. Budząca chyba najwięcej kontrowersji, szczególnie wśród osób, które już zgłębiły go szczegółowo. Rzekomo ma masę błędów, no ale ja ich jeszcze nie dostrzegłem, więc nie komentuję. Jedyne co mi się rzuciło w oczy to literówki jak np eden osiem L. Ale nawet średnio ogarnięta małpa zauważy, że skoro hasło jest pod literką J to chodzi o Jeden Osiem L.

A właśnie. Z ta małpą, to może tak nie do końca, bo gdzie nasz kochany szympans szukałby hasła "Mos Def" gdyby "Talib Kweli" był pod K a Warren G pod G? No pewnie pod D, ale znalazł by guzik, bo "Mos Def" jest pod M. Na początku jest wyjaśnienie, że bla bla obowiązuje taki a nie inny rozkład haseł, nie chce mi się tego przepisywać i niby wszystko ok, ale jednak jak się używa przez 5 lat słów Talib Kweli, to ciężko później przyjąć że jest Kweli Talib Greene. Uważam, że taki porządek to błąd, no ale ja tam nigdy encyklopedii nie pisałem.

Po części encyklopedycznej (bardzo wyczerpującej temat) przychodzi czas na deser i to naprawdę pyszny. Wytwórnie, najlepsze płyty w kolejnych latach, podgatunki rapu itd. Coś czego szukałem przez ostatni czas.
Teraz druga książka.

"Ego Trip".





Gdyby przyjąć że "Beaty, rymy..." to oparty na jazzowym brzmieniu trueschoolowy rap o różowych słoniach i króliczkach kicających po łące, to "Ego Trip" to najbardziej wulgarny i wyuzdany crunk z najciemniejszych zakątków południa USA.
Nie znajdziemy tutaj encyklopedycznie ułożonych haseł, raczej szereg, cały pluton rankingów i list typu "10 anty-tanecznych raperów", "10 najważniejszych odniesień do Meksykan" "Skąd wzięli swoje ksywki....Busta Rhymes, ....".
Zresztą w oryginale książka nazywa sie "Ego Trip book of rap lists".
W ten oto sposób tankowana nam jest wiedza, której często nie da żadna płyta, a która daje niewiarygodnego kopa do sprawdzania coraz to kolejnych albumów i artystów.
Trudno nie zauważyć, że książka skupia się głównie na latach 80' i 90', no ale ciężko, żeby się nie skupiała skoro oparta jest na magazynie wydawanym w połowie lat 90', a sama książka w oryginale ukazała się w roku 1999 (polskie wydanie 2004!!! Pięć lat poślizgu!!!!). W związku z tym, Ego Trip może do wielu osób nie trafić w gusta, szczególnie osób które nie dotykają rapu sprzed 2000 roku. Jest tutaj co prawda tabliczka z ocenami obecnych raperów (flow, głos, słownictwo), ale jednak wspomnienia Funkmaster Flexa czy Dr Dre nadają tej książce wyjątkowy posmak lat sprzed komercjalizacji.
To czego można by sie przyczepić to tłumaczenie, które widać, że było wykonane przez osobę spoza środowiska. No i tłumaczenia wersów momentami zmieniające całkowicie kontekst oryginalnej linijki. Nawet sobie gdzie zapisałem jedną taką wpadkę, ale kartkę zgubiłem i muszę na nowo jej szukać. Jak wyłapię to dam w "Płynnych myślach".


A więc wracając do pytania - komu, którą ksiązkę bym polecił?
Uważam ze Leksykon powinni mieć wszyscy, którzy mają ambicję, chociaż trochę poznać tę muzykę. Szczególnie polecam młodszym słuchaczom nierzadko uznającym się za centrum wiedzy, bo gdyby tak przerobili te pozycję to przynajmniej mieli by jakieś podstawy. Wiedzę i tak czerpie się z płyt. No i cena ok. 40 zł jest naprawdę śmieszna jak na tak świetnie wydaną pozycję (twarda okładka, dobry papier itd.)
Ego Trip to typowa pozycja dla zajawkowiczów. Jeżeli miewasz fazy, gdy chcesz znać każdy sampel wykorzystany w rapie, chciałbyś mieć szafę pełna winyli od Last Poets (wyszło to w ogóle na wosku?) po Johnson & Jonson to jest to pozycja dla Ciebie, bo gwarantuje, że podtrzyma te fazy i zamieni w prawdziwa pasję, a raczej w jeszcze prawdziwszą, bo wierzę że pasja jest w większości z nas, nawet jak mamy 12 lat i krzyczymy JP na znikający za zakrętem patrol.
Wiedza nie jest wszystkim, ale skoro został już piąty element wyodrębniony to może warto by go kultywować?

sobota, 25 lipca 2009

K.A.S.T.A.




Jeżeli ktoś ma znajomego dobrego psychiatrę to proszę o kontakt!
Poniższy tekst powstał już 5 razy! 2 razy na komunikatorze, ale że Nokia z Symbianem to niewierna kochanka, obydwie wersje poszły się kochać.
2 kolejne wersje stracone w wyniku strajku okupacyjnego wywołanego przez mój komputer. Żądania nowej pasty na CPU oraz krótszych godzin pracy spełniłem pod naciskiem wiec powstała w końcu piąta wersja (Boże zlituj!). Od dzisiaj kocham funkcje autozapisu w bloggerz,e tak jak od tygodnia hejtuje mazurskie komary (w tym roku plaga, zabierajcie ze sobą chemiczne straszaki jak jedziecie nad jeziora).

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

K.A.S.T.A.:
Kastaniety (2002)
Kastatomy (2003)



Jest na polskiej scenie kilka scen wyjątkowo wyrazistych. Północ kraju, która wydaje mi się obecnie najsilniejsza (Łona, Jimson, Enson, Maz). Wyrazistość widzę, a raczej słyszę w bitach, trochę bardziej moim zdaniem wyszukanych i "zachodnich" niż te z Warszawy, która która może chwile chwały ma za sobą, ale nadal raz na jakiś czas trafi się świetna płyta jak ostatnio "Zamach na przeciętność". Tak czy inaczej, od zawsze była skupiskiem tego polskiego brzemienia, Noonowo-Ajronowego brzmienia. To jest nr dwa na liście "wyrazistości".
Numer trzy dla mnie to Dolny Śląsk - czy jak kto woli - zDolny Śląsk. Ostre karkołomne bity na legalu i różnorodność w podziemiu. 3W - Drutz. Piekło - Niebo (to ostatnie zestawienie niezbyt trafne, ale wiadomo ocb)




Na Europy peryferiach świat mówi hiphop
Killaz Group, yo, mówi hiphop
KASTA Skład mówi hiphop, mówi hiphop
Zulu Nation mówi hiphop
Na Europy peryferiach świat mówi hiphop
DonGuralEsko mówi hiphop
Killaz Group, synu, mówi hiphop
KASTA Skład mówi hiphop


Niby wszyscy znają ten refren, a jednak szukając tego tekstu spisanego, we wszystkich serwisach napotykałem się na ciekawą nazwę "Zuluneiszyn". Żeby była jasność, nie był to fonetyczny tekst, bo autor poprawnie napisał "MC's". Ale ponieważ Zulu Nation to długa nazwa (szaleńcze 4 sylaby) i ogólnie mało wnosząca do kultury hip-hopowej to zostawiam tę kwestię. Mała szkodliwość społeczna głupoty.

K.A.S.T.A., czyli Konfederacja Absolwentów Szkoły Technicznej Artykulacji. Biję pokłony przed tym kto wymyślił skracanie nazw własnych i jednoczesne pokłony idą w stronę Kasty, która zrobiła coś co do tej pory nie udało się żadnej innej grupie, ani solowemu artyście. Nagrali 2 podwójne płyty, które przesłuchałem od początku do końca bez używania opcji stop/pause. Wow!
Co więcej, stworzyli jedyną płytę w Polsce, którą w żadnym elemencie nie celowała w najniższy szczebel polskiego audytorium. Wow2!

Lecz to nie te kwestie decydują o jakości Kasty. Sztuką jest zrobić EPkę opartą na koncepcie. Jeszcze większą sztuką jest przygotowanie takiego całego LP. Rzeczą prawie niemożliwą jest utrzymanie jednego, nienudzącego brzmienia na podwójnej płycie. Kaście się to udało. No może nie do końca jest to concept album, ale na pewno do niego aspiruje i ten dolnośląski klimat o którym wspominałem na początku odczuwa się w szpiku z podwójną mocą.
"Kastaniety" i w mniejszym stopniu "Kastatomy" to nie tylko klimat, nie tylko ambicja i nie tylko spójność. To także tematyka, która....no i tu niespodzianka.
Śledząc polska scenę natykamy się na 3 grupy wykonawców:
1) Trueschoolowcy - rzucają punchami we wszystko co się rusza (lub nie) i nie ma możliwości odpowiedzieć.
2) Baunsiarzo-hustlerzy - przekonujący słuchacza, że jego mama z nimi przyprawia rogi swojemu sąsiadowi. Ciągną kilkumetrowe węgorze mąki pszennej i popijają whisky (Made in exStadion X-lecia)
3) Uliczne hardkory - Nie czytają książek, to w książkach można poczytać o nich. Zgłaszanie wybicia szyby w samochodzie to dla nich bycie konfidentem, klejenie podwójnych rymów to gejorap, a używanie metafor mocniejszych niż to o kamieniu i wieku to filozofowanie.

No i co ciekawe, Kasta chyba najbliżej ma do ostatniej grupy. Z tym, że robiąc coś na co w Polsce niewielu ulicznych raperów się zdecydowało, całkowicie redefiniując pojęcie tego odłamu, który przecież za oceanem reprezentują dość udanie tacy raperzy jak Nas czy Prodigy of Mobb Deep (since 2000 AD). Tak jak nie jest to płyta koncepcyjna, tak nie jest to płyta uliczna, jednak tak jak czerpie wzorce z koncepcyjnych projektów, tak zabarwia się uliczną nuta i brudnym stylem. Dwoma słowy - pełnia stylu.

Czas na główne danie, czyli rap.

"Na tą samą końcówkę nie próbuj dziś rapow
Niby jak inaczej moge tego dokon
Muszę tak jak wszyscy, musze się konsolidow
Łamać muszę rymy i co rusz komplikow
Do kilku liter w tekście musze próbow
Temat zmieniać, wątki kamuflow"




Styl prosty, nawet bezczelnie prosty, a jednak wchodzi jak nóż w masło. Oczywiście prosty jak się go słucha, bo pisać takie linijki kilku aspiracje już miało. Najczęściej kończy się na "miałem, chciałem, pojechałem, dojechałem, odjechałem".
Dla przeciwwagi na płytach pojawił się Gural, który dał wszystko co ma najlepsze IMO. Nawet jego pierwsze solo tak nie wciąga jak zwrotka we "Wrocławskiej premierze". Technika, proste, ale celne porównania, flow - Gural 100%.

Produkcja musi być na najwyższym poziomie, bo inaczej pewnie nawet nie chciałoby mi się wklepywać kropek w nazwie K.A.S.T.A. No i tak jest.
Gdy pisałem o tym, że płyty Kasty nie celują w dolne gusta, właśnie melodie miałem na myśli. Nie wiem czemu tak jest, ale Polacy w większości nie lubią instrumentalnych numerów. Ba, jestem gotów stwierdzić, że "Donuts" w naszym kraju nie przekroczyła by sprzedaży powyżej 500 sztuk. Ja to w ogóle za głupi jestem chyba żeby to zrozumieć. Ostatnio na moim kanale YT jeden chłopiec (w pełnym tego słowa i nacechowaniu znaczeniu) napisał mi, parafrazuję "ja słucham prawdziwego rapu, a wy nadal sobie słuchaj rapu od producenta". Żeby była jasność, komentował kawałek Jimsona i Rolby - "Słupsk" - czystą nawijkę. Nie wiem czy słowo "producent" to jakieś nowe przekleństwo w slangu młodzieżowy....Jeżeli ktoś ogarnia temat, to proszę o wyjaśnienie w komentarzach. Mówię serio.

Obydwa albumy kipią od instrumentalnych fragmentów i myślę, że to w połączeniu z powyższym faktem, powoduje to, że "Kastaniety" nie są zestawiane razem z "Kinematografią" (no przy okazji Wall-e musiałby sobie jeszcze coś zrobić żeby ta płyta została w pełni doceniona)

Druga przyczyna niedocenienia to angielskie tracki z udziałem zaproszonych gości. Ksywek nie będę podawał, bo sam żadnego z nich nie kojarzę, jednak dają radę i pod żadnym pozorem nie powinien to być powód by omijać te płyty szerokim łukiem, żadnym łukiem.
Tak jak przy instrumentalnych trackach, Polacy nie lubią niepolskiego rapu. Wiem że bariera językowa może dawać dyskomfort, no ale mimo bariery językowej moja babcia słuchała The Beatles. Jak wiadomo babcie mają dobry słuch, więc przez barierę się przedzierają. Dla tych co szukają przekazu, polecam jednak się zacząć wsłuchiwać bo na maturze nawet nie mając babcinego słuchu trzeba sobie poradzić.

Całość projektu zwanego Kasta dopełniają teledyski, ich liczba i naprawdę przyzwoity poziom. Nie jestem jakimś specjalistą od videoklipów, wiec nic więcej nie dodam. Myślę, że na pewno nikogo nie odstraszają, a "Peryferia" mimo że nakręcone w niezbyt oryginalnym miejscu, mogą wciągnąć.

Czy to jest klasyk? Nie. Czy jest to dla mnie klasyk? Absolutnie. Kilka miesięcy temu, gdy puszczałem salwy na cześć moich ulubionych polskich płyt "Kastaniety" pominąłem. Kara przytrzaśnięcia sobie palców drzwiczkami od piekarnika wykonana, więc nie pozostaje mi nic innego jak odesłać was do odświeżenia tych dwóch płyt lub poznania ich. Łatwe nie są, ale taki są najwierniejsze i wyzwalają najsilniejsze emocje. Big up!

wtorek, 6 stycznia 2009

Fisz/Emade (Tworzywo Sztuczne) - Heavi Metal

Recenzja jak żadna inna dla płyta do żadnej niepodobnej



Tracklista:

01. "Iron Maiden"
02. "Szef Kuchni"
03. "Wiosna '86"
04. "Najpiękniejsza Kobieta W Mieście"
05. "Heavi Metal"
06. "Furiat"
07. "Kawa I Papierosy"
08. "Pani Bum Bum"
09. "Disko"
10. "666"

Tajemnicą poliszynela jest twierdzenie, że żeby być dobrym nie można być zamkniętym na otoczenie. Co ciekawe, odnosi się to także do muzyki. Między bajki można włożyć twierdzenia, że eksperymenty muzyczne szkodzą danemu gatunkowi, szczególnie jeżeli chodzi o rap, który bazował od zawsze w głównej mierze na samplach (jazzowych, soulowych czy rockowych).
A jednak mimo to w kraju syrenki nadal panuje przekonanie, szczególnie wśród "prawilniejszej" części społeczności hip hopowej, że każda muzyka poza rapowa jest be, fe, sii i w ogóle.
I chyba to jest główny powód zastoju naszych "gwiazd". Krótka piłka:
Eldo - odgrzewany kotlet
Pih - zero progresu (choć niektórym to nie przeszkadza)
Fokus - szkoda gadać, miał być progres nie regres, nie ten przedrostek panie Fo
AbraDab - lepiej ale też bez szału

Do czego zmierzam? Czterej wspomniani raperzy są jednymi z pionierów, siedzą najdłużej na scenie, znają środowisko, pewnie setki płyt, "robią bity, kręcą się na głowie" itd itd. A mimo to wychodzi kilku szczyli (bez urazy) typu Zeus, Peerzet, Raca i nagrywają płyty które trzeba rozpatrywać w zupełnie innych kategoriach, bo w porównaniu do choćby solówki nieszczęsnego Eldo, są to klasyki gatunku.

I tutaj wychodzi ciśnienie środowiska. Eldoce po prostu nie opłaca się wydawać takich płyt jak choćby ta z Bitnixami, bo ile się tego sprzedało? Niby każdy z powyższych krzyczy o dzieciach z gimnazjum, ale wygląda to tak jakby specjalnie dla nich nagrywali swoje płyty. Zero polotu, to samo brzmienie, te same bębny, oby tylko kojarzyło się niektórym z latami 2000-2004.
Może trochę podkoloryzowałem, ale z mojej perspektywy tak to wygląda.

Czemu taki wstęp? Otóż jest na scenie, także od prawie samego początku raper na tyle oryginalny że dostał nawet swojego odpowiednika ze Stanów, i to nie byle jakiego. Polski Mos Def, Fisz albo po prostu Bartosz Waglewski.
Można gdybać czy wybiłby się gdyby nie był synem pana Wojciecha Waglewskiego. Gdybać można, ale pogląd taki jest niedorzeczny i po prostu głupi, bo Bartek nigdy nie podpisywał się swoim nazwiskiem, tylko występował i nagrywał pod pseudonimem. Tak więc jeden argument haterów jest tyle wart co forumowicze h-h.pl.
Drugi - kseruje Mos Defa. To też niewiele ma wspólnego z myśleniem. Każdy artysta czerpie skądś inspiracje, dla jednych jest to śmietnik pod blokiem, dla innych inny wykonawca. Your choice.

Z Fiszem jest ten problem że długo po dwóch pierwszych solowych płytach nie dotykał mikrofonu, później wg mnie niezbyt szczęśliwa współpraca z Envee, aż w końcu oficjalna płyta z Emade...a właśnie!

Emade.
Jakbym miał na imię "wujek dobra rada" to bym w tym momencie napisał "NIE ZOSTAWAJ PRODUCENTEM, zawsze jak ktoś ci to radzi to udawaj że nie słyszysz co do Ciebie mówi".
Zawsze w cieniu MC (z niewiadomych przyczyn), prawie zawsze wspomniany tylko trackliście, jak będzie miał farta to raper przedstawi go na początku kawałka (np. "Flamaster" i teraz zastanawiaj się czy chodzi o gościa od bitów czy po prostu Eldo nie ma czym pisać).
Niewdzięczna jest rola producenta - to fakt.

Ale nie na najnowszej płycie Tworzywa Sztucznego. Jeżeli miałbym wyróżnic któregoś z braci Waglewskich to bez wątpienia będzie to Emade bo drugiego tak świetnie wyprodukowanego albumu w Polsce jeszcze nie słyszałem.
Do zawiłych porównań Fisza każdy się już przyzwyczaił, przynajmniej powinien bo na "Heavi Metal" jest ich znowu zatrzęsienie.
Na dobrą sprawę nie ma co roztrząsać tematyki tej płyty bo nie o rap tutaj chodzi. Chociaż nie! Wracając do przerwanego wstępu, na tym polega geniusz Fisza, że tematy tak banalne jak lodziary i memories potrafi ująć jak nikt. Nie musi silić się na werbel, nie musi zaniżać głosu i nie musi ślęczeć nad słownikiem żeby sprzedać swoje przemyślenia. Prostota a jednocześnie geniusz.
Płyta typu absolutny "must have" albo przynajmniej "must listen".

czwartek, 4 września 2008

Medium - Seans Spirytystyczny



01. Opętanie
02. Wymieniam wachtę
03. Fundament
04. Kanał przerzutowy
05. U bram wszechświata
06. Fatality
07. Zainteresowania
08. Mówiono mi
09. Chemioterapia
10. Łapanka
11. Ożywiam posągi
12. Ideał
13. Daj mi zarabiać mózgiem
14. Któregoś dnia
15. Talizman
16. 24
17. Jeden krok
18. Przewodnik
19. Kalendarz
20. Spodziewam się końca świata
21. Uwolnienie

Link do płyty


Rzadko podejmuję się recenzji płyt, ale rzadko też któryś album wzbudza we mnie tak mieszane emocje jak "Seans Spirytystyczny".
Pierwsze co zwraca uwagę to tytuł i tracklista - z początku spodziewałem się czegoś w stylu Necro czy tez ogólnie klimatu psycho/death. Mile się zaskoczyłem już po pierwszym tracku, gdzie Medium pokazuje swoje nieprzeciętne umiejętności i nie ma tutaj nic z chorych klimatów. Głos....no właśnie, pierwsza sprzeczność. Ciężko się tego czepiać bo to raczej biologia a nie rozwój, ale mimo wszystko miałem wrażenie jakbym słuchał pierwszego lepszego undergroundowca tylko że nieźle osłuchanego z rapem i do tego potrafiącego to osłuchanie przełożyć na swoją płytę. Tak czy inaczej chłopak naprawdę potrafi świetnie zestawiać słowa, ładnie płynąć po bicie i co ważne - nie ma większych problemów z dykcją. Jedyny problem z rozróżnianiem słów miałem gdy przyspieszał ale możliwe że to tylko problem mojego słuchu.
Druga sprzeczność - tym razem u mnie - jest to pierwsza od dawien dawna płyta która przykuła mnie do siebie treścią. Co więcej, chyba pierwsza płyta która naprawdę mnie wzruszyła. Historie opowiadane przez Medium naprawdę poruszają, może nie jest to klasyczny storytelling, ale i tak nie pozwala się "nie wsłuchiwać".
O czym płyta jest? O życiu Medium - kieleckiego rapera a przede wszystkim człowieka co bardzo często powtarza i podkreśla w wieloraki sposób w tekstach. Jest o miłości do rapu, jest o polityce, o techno-dzieciach o pieniądzach - nic nowego. A jednak. Nie ma marudzenia, że nie ma pieniędzy i jest beznadziejnie (HG) nie ma pobożnych życzeń że już niedługo będę 100 dolarówką podpalał w splify (VNM) jest apel o możliwość zarobienia ROZSĄDNYCH pieniędzy.
Co ciekawe bardzo dobrze brzmią też śpiewane refreny, a już z pewnością lepiej niż te w wykonaniu Mesa czy Jimsona. Zresztą Medium wspomina o występach w teatrze - to słychać.
Na pewno nie jest to płyta do bujania się na imprezie, nie jest to płyta do samochodu raczej do posłuchania w wolnej chwili, niekoniecznie wieczorem (to nie płaczliwy charakter Grammatika).
Ciężko się przyczepić także do warstwy muzycznej. Jazzowo-Funkowe klimaty czyli to co tygrysy lubią najbardziej. Melancholijne momenty gdy Medium nawija o swoim synu i bardziej żywiołowe gdy "ożywia posągi" czyli jak to określa "typowych atletów i chłopców bez liceum". Scratche dorzucili DJ Ace (znany), Hałas (mniej), Vasquez i Musk (dla mnie obcy). Wszystko pięknie współgra z nawijką co jest zasługą TC który dokonał ostatecznego mixu.
Porozpływałem się w superlatywach to teraz czas na minusy. Dla mnie pierwszy olbrzymi - długość płyty. Godzina i piętnaście minut to zdecydowanie za dużo na płytę do słuchania w wolnej chwili. Biorąc pod uwagę to że nie znoszę przesłuchiwać albumów do połowy bardzo mi to utrudniało przesłuchanie tej płyty. Rada - najki, frotka, pulsometr, iPod i idę biegać, przy okazji posłucham Medium. Akurat będzie ta godzina z hakiem.
Gdybym miał się jeszcze na siłę do czegoś przyczepić to okładka - no ale to szczegół. W przeciwieństwie do tytułu i tracklisty, nie działa tak klimatycznie.
Gdybym miał dać porównanie do tej płyty to chyba najbliżej tych klimatów są Projektanci z tym że jak dla mnie Medium nagrał, lepszą, kompletniejszą płytę.

Nie ukrywam że byłem zaskoczony poziomem "Seansu..." tym bardziej że o Medium wcześniej nie słyszałem, no ale król pojawia się znikąd. Może nie król undergroundu ale miasta-Kielce, czemu nie. Mimo 21 lat widać dojrzałość u tego chłopaka, a do tego skillsy którymi wbił się już teraz do - kto wiem - może czołówki podziemia. Dla mnie jeden z kandydatów do tytułu albumu roku i poważny konkurent dla "Gorączki w Parku Igieł".

Przed nami jednak jeszcze premiery Lilu, Te Tris - na którego nowe solo czekam z niecierpliwością od lat, Jimson x2 (solo i z Projektem Nasłuch) z tym że tutaj jak zawsze można się spodziewać półrocznego opóźnienia. Do tego dochodzi Raca ze swoim LP na które również czekam od premiery "Znasz nas". Może AbraDab się rozwinął, Afro Kolektyw - to z pewnością będzie hit, może Pyskaty będzie słuchalny gdy nie będzie Piha w pobliżu mikrofonu (który też zapowiedział swoją płytę), Fokus - chociaż po nim niczego szczególnego sie nie spodziewam, Eldo przebąkiwał że będzie sprzedawał koleną płytę i to chyba tyle z ciekawszych pozycji na ten rok. Dobrze by było żeby chociaż połowa tych zapowiedzi się sprawdziła.

Peace

Modified by Blogger Tutorial

Czarny Czy Biały? ©Template Nice Blue. Modified by Indian Monsters. Original created by http://ourblogtemplates.com

TOP