Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felietony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felietony. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Siła w undergroundzie? Bez jaj

Nie będę szukał króla podziemia, nie dzisiaj.
Nie będę jechał śmiesznego mainstreamu szukającego sposobu na podbicie sprzedaży krążków przez nieustający beef.
Nie mam zamiaru propsować żadnego młodego kocura - dzisiaj na odwrót. Wbijam szpilkę w podziemie.

Kilka dni miałem okazję w końcu sprawdzić zachwalaną i polecaną właściwie przez wszystkich z którymi rozmawiałem (o rapie) płytkę Quiza.
Wrażenia jak pewnie łatwo się domyślić nie były najlepsze. Owszem, pod względem muzycznym fajnie, elegancko i dokładnie wyprodukowana. Natomiast jeżeli chodzi chodzi o gości no to....powiedzmy że słowo "rozczarowanie" będzie bardzo skrajnym eufemizmem.
Karwan - z tego co zauważyłem, wiele osób robi z niego drugiego Zkibwoya. Nie rozumiem na jakiej podstawie. Typa lata świetlne dzielą od lekkości w nawijce reprezentanta Brudnych Serc. Głos "jeden z miliona" i nic co by zmuszało mnie do zapętlenia numeru.
Ras? Rasmentalizm ani trochę mnie nie porwał (wiem, że jestem w zdecydowanej mniejszości). Płyta z Weną już lepiej, ale to zasługa Weny i niektórych mocno bangerowych bitów.
Emazet. Niegdyś jeden z moich ulubionych członków Szybkiego Szmalu. Jednak mijają kolejne lata i nadal zero progresu. In minus
W miarę ciekawie Młd - na pewno wyróżnia się na tle reszty szaraków.
Green - ja się pytam kto to? I co robi na tym bicie?
Na Pół etatu? Jak wyżej
Żeby już nie bawić się w wyliczankę to krótko. Świetny numer Brudnych Serc, przyzwoicie W.E.N.A., ciekawy kawałek Pivota, ale tylko z powodu patentu na refren, reszta trochę budzi niesmak. Zdecydowanie poniżej poziomu Tetris i Laikike1. VNM nadal ma krzywy ryj i nie potrafi rapować. Reszta szara jak te bloki co w "Blokersach" wszyscy propsowali.


Jakieś 5 lat temu, gdy zaczynało być głośno w środowisku o kotach typu Eskaubei, Tet, Kada - cały All Star Team, Międzymiastowa i wielu innych, to byłem porażony poziomem ich rapu na tle ludzi z "legala". Mówię tutaj o wachlarzu tematyki, technice, stylu, flow, samokrytyce, wiedzy wykraczającej poza pierwszy Wu-Tang, zabawie słowem - słowem wszystkich atrybutach rapera.
Nie bez znaczenia był także fakt, że czołowi przedstawiciele podziemia stanowili prawdziwą alternatywę dla takich ludzi jak jak Tede czy O.S.T.R. . Nawet jeżeli nie przebijali ich umiejętnościami (mimo, że obaj jako takie posiadają przeciętne) to przynajmniej dbali o muzyczny aspekt albumów czy chociaż ciekawą tematykę (np. Prezes, którego perwersje do dzisiaj mnie śmieszą).
W tekście dotyczącym periodyzacji polskiego rapu (link na górze strony) dość wyraźnie podkreśliłem dwa okresy tj. lata 2000-2002 oraz 2004-2006. Obydwa charakteryzują się ogromną liczbą świetnych albumów z tą różnicą, że w pierwszym były zakontraktowane, a w drugim - nie. Jednocześnie przewidywałem, że już niedługo wszystko może przyjąć podziemny wymiar i chyba , mam wrażenie, ten okres jest coraz bliżej. Tylko co wtedy? Kto miałby prowadzić tę scenę?
Raperzy, którzy są na ustach wszystkich obecnie, czyli Smarki, Tetris, nawet Małpa - to wszystko są "produkty" wczesnych lat 2000'. Zresztą nawet jak ich wszystkich podliczymy to z tych umiejących trzymać mikrofon będzie 20 (już o tym pisałem).A reszta?
Ostatnio dałem się także skusić na najnowszą płytę Ostrego, bo jak wiadomo, rok bez Adama to...2013? W każdym bądź razie pomimo tego, że jako rapera zhejtowałem go już na wszystkie sposoby, pomimo tego, że mam wrażenie na ostatniej płycie rapował przez zaciśnięte zęby, jest monotematyczny i zajawki nie czuć już ani trochę to równanie prawidłowe wygląda tak

O.S.T.R. > Karwan, VNM, cały Szybki Szmal, Solar,

Podejrzewam że Janca by się ze mną nie zgodził (nie zgodzi), ale dla mnie osobiście polski underground popadł w całkowitą przeciętność - czyli coś dla czego miał przecież z założenia być alternatywą.
Jasne, że te kilka lat temu nie każda podziemna produkcja była wartka choćby naciśnięcia PLAY. Ba! Myślę, że absolutna większość  produkcji była poniżej krytyki, bo tę większość stanowili chłopcy, którzy jak Peja w Blokersach przy pomocy pończochy mamy chcieli przejąć scenę rapując o tym, ze znowu policja ich zwinęła (sprytnie pomijając fakt, że wszystko miało miejsce w GTA). No niestety, taka specyfika wielkich aglomeracji.
Jednak tacy zyskiwali poklask najwyżej wśród ziomków i nikogo więcej. I to się niewiele zmieniło. Zmiany zaszły jedynie w kanałach dostępu. Kiedyś płyty krążyły z ręki do ręki dzisiaj krążą linki do youtube.  

Pierwsi mistrzowie

Kolejny mistrz
Tego jest na pęczki

Jednak propsują nadal tylko znajomi z bloku, bo nie wierze że ktokolwiek z uszami w odpowiednim miejscu potrafiłby temu przyklasnąć.
Jednak problem leży gdzie indziej, bo przecież nie w takich kalekach. Kiedyś o sile podziemia stanowiła grupa świetnych raperów i producentów - obecnie uwaga skierowana jest choćby na takiego Venoma (wraca jak jojo) o którym słyszało może kilkadziesiąt osób (w tym ja) do momentu gdy rozpoczął współpracę z Boberem. Gdyby nie to, VNMa by nie było na scenie i karierę robiłby na Wyspach w rynku kebabów. Takich typów z przypadku, mam wrażenie, jest coraz więcej.
Co z tego, że taki Tetris wypuści kolejny bardzo dobry  (co najmniej bardzo dobry) mixtape? Co z tego, że może w końcu Brudne Serca wypuszczą LP? co z tego że po sezonie NBA Jimson wróci do rapu skoro to są krople dobrego whiskey w morzu najtańszego rdzożernego wina. I na domiar złego nikt nowy, ciekawy na tej scenie się nie pojawił w ostatnim czasie. No na myśl przychodzi mi tutaj Medium, ale jego nowy album wychodzi w Papoosowym tempie.




Tak jak jeszcze 2, 3 lata temu broniłem rękoma i nogami podziemia, obecnie  śmieszy mnie jak nigdy. Może nawet nie sam rap, co słuchacze. Bo MY te kilka lat temu promowaliśmy na wszelkie sposoby (ja nawet rozdawałem "Naturalnie" osobom niesłuchającym rapu) świetnych wykonawców, którzy naprawdę dawali nadzieje tej scenie. Obecnie dostaję linki do płyty z rekomendacją "sprawdź, zajebiste", ściągam, włączam i wywalam z dysku zaraz po intrze. I chyba nie jestem wyjątkiem, bo takie niezbyt przychylne opinie krążą już od dość dawna, tylko nie bardzo chciałem to przyznać.
Kończąc te krótkie przemyślenia (może kiedyś znajdę więcej czasu, żeby to rozwinąć) muszę powiedzieć, że w pewien sposób nawet rozumiem podbijanie każdego kto nie klei czasowników i posiada jako taką dykcję, bo sam czuje głód dobrego polskiego rapu. Ale nie wiem czy kaleczenie uszu przeciętniakami głód ten zaspokaja u kogokolwiek.


PS. No i jeszcze tak trochę wykraczając poza temat.

Łona to ostatni ze starych wyjadaczy, który zasługuje na naprawdę wielki szacunek - parafrazuje ale taki sens miała jakaś opinia jaką ostatnio czytałem i podbijam w zupełności.
Jako jedyny zalicza ciągły progres, jako jedyny nie kurwi się dla hajsu podpisując kontrakt z wytwórnią na której wieszał bomby przez lata (Leszek), nie nagrywa z pop-wypłuczynami z Afromental (drogi Piotr) i nie trzaska kasy na udających indywidualizm małolatach (Adam) i tępych małolatach przeładowanych adrenaliną (cała zgraja imion).
Propsuj Łonsona.

środa, 10 marca 2010

Rapowa Blogosfera

"Polska blogosfera jest stosunkowo młoda jednak liczba blogów stale rośnie. Co ciekawe wzrost liczby blogów nie pociąga za sobą wzrostu liczby czytających
. Co więcej – nawet sam wzrost liczby blogów należy traktować „z przymrużeniem oka” bowiem ponad 98% blogów jest „martwa” tzn. od ponad miesiąca nie pojawiają się na nich wpisy.
Możliwość szerokiej kategoryzacji blogów w macierzystym serwisie doprowadza do
sytuacji, w której jeden blog może być przypisany do wielu odmiennych i zupełnie
niestycznych ze sobą kategorii jak np. motoryzacja, polityka, zwierzęta i rodzina.
W powiązaniu z powyższymi faktami można stwierdzić, że „żywych” blogów
traktujących w szerokim sensie o polityce jest ok. 150."

Ten kawałek mojej pracy zaliczeniowej z Psychologii Marketingu Politycznego stanowi świetny punkt wyjścia do głównego tematu.
No właśnie, liczba blogów rośnie - chociaż już nie tak intensywnie jak choćby 2,3 lata temu, ale nie pociąga to za sobą liczby czytelników. Dla mnie powód jest oczywisty, choć pewnie specjaliści od internetu by się z nim nie zgodzili - w tym kraju niewielu umie pisać. Zresztą jak mamy umieć pisać skoro nawet nie umiemy czytać - niecałe 50% społeczeństwa czyta choćby jedną książkę ROCZNIE. Nie zmuszam nikogo do czytania literatury, ale ten wynik jest tragiczny na tle innych państw europejskich. "Chcesz pisać, zacznij na początku czytać" - podpisano Sir TeTris.
 Tak wiec ciężko przyciągnąć czytelników, gdy kreatywność i umiejętność posługiwania się słowem pisanym jest w powijakach, nie? Nawet zmiana charakteru blogów z online diary na bardziej skierowane na odbiorców niewiele pomogła. Dotyczy to tak blogów muzycznych, politycznych, kulinarnych i jakich tam jeszcze chcecie.
Rap-blogi na dobrą sprawę zaczęły rozkwitać ok 2005 roku - to był końcowy okres boomu na hip-hop i początek boomu internetowego w Polsce (portale społecznościowe z gronem na czele chyba są najwymowniejsze). Jednak to ostatnie 2 lata przyniosły obecny obraz polskiej rap-blogsfery. Główna w tym zasługa Bloggera, który chyba skupia największą liczbę blogowiczów.
Poniżej przedstawiam listę blogów, które moim zdaniem wymagają podkreślenia, zaznaczenie obecności, kilku słów recenzji itd - z różnych powodów. Pominąłem blogi typowo downloadowe, koncentrujące się na serwowaniu filmów z youtube i te o których po prostu zapomniałem. Treść, forma, styl i oryginalność - główne kryteria.
3 grupy, blogi wymieniam mniej więcej w kolejności poznawania.

Northim Kismajes - Na ostrzu pióra...


To w sumie drugi blog Northima w znacznej mierze koncentrujący się muzyce. North jeżeli dobrze pamiętam rozpoczął blogowanie w tym samym okresie co ja tj. ok. 2006/2007 roku.
"Na ostrzu pióra" stanowi idealny przykład, że nie trzeba zgrywać Alfę i Omegę żeby zapracować na szacunek. Czasami "wystarczy" nie robić błędów ortograficznych/stylistycznych/interpunkcyjnych oraz jasno i precyzyjnie wyrażać własne zdanie a nie pisać cokolwiek byle się komuś spodobało. Teksty Northima to także nieprzeciętna kreatywność i zdrowa dawna humoru bez robienia cyrku.
Wszelkie notki obecne i szczególnie te sprzed lat polecam młodszym blogerom, żeby zobaczyli "jak to się robi".


Muzyczny blog Litosława


Trzy razy zabierałem się za napisanie tego i za każdym razem z innym nastawieniem. Za pierwszym razem delikatnie, za drugim zjechałem po całości. Puszczam trzecią wersję, chyba najbardziej obiektywną jeżeli w ogóle można mówić o obiektywizmie w wyrażaniu opinii.
Przedstawiać Lite'a chyba nikomu nie trzeba, bo każdy kto ma dostęp do internetu musiał się natknąć na recenzje przez niego pisane albo choćby wywiady, których tam kilka było (m.in. z Racą).
Przyznam, że był okres gdy byłem pod ogromnym wrażeniem aktywności tego chłopaka. Systematyczność w pisaniu czyli coś czego mi osobiście brakuje - chociaż tutaj też dochodzi różnica wieku i obowiązków. Tak czy inaczej nie ma bardziej aktywnego blogera zaangażowanego w jakimś tam stopniu z rapem. To plus.
Schody się zaczynają dalej. Czytając kolejne wpisy, czy też recenzje - bo to na nich się koncentruje Litosława - zdałem sobie w pewnym momencie sprawę, że gdzieś już to czytałem....a konkretnie w poprzedniej jego recenzji. No niestety, kreatywność i pomysłowość przynajmniej w recenzowaniu nie jest jakimś wyjątkowym atutem Lite'a i to jest jedna z największych wad jego bloga. Nie mówię, że należy wymyślać recenzje typu "dialog z cieniem", układać je z tekstów recenzowanych płyt czy coś w tym stylu. Bardziej chodzi mi o to "coś" co jest w stanie utrzymać czytelnika przy tekście. I nie chodzi o robienie tego dla innych tylko dla samego siebie. Rebusy, alfabety i pomysłowe tytuły - to nie to świadczy o kreatywności.
Drugi kamyk do ogródka to już nie kamyk, a głaz jak ten co Syzyf się z nim męczy. Wiedza!
Żeby była jasność, nikomu nie wypominam braku tej wiedzy, bo to jest coś co gromadzimy przez całe życie. W dodatku Lite jest dość młody wiec czas na rozwój muzyczny ma. Problem dotyczy pozerstwa (nazywajmy rzeczy po imieniu) i robienia z siebie specjalistę w kwestii muzyki podczas gdy każda jego recenzja płyty ze
Stanów ujawnia te braki. Recenzja zeszłorocznej La Coka Nostry dla mnie to było maksimum tego co jestem w stanie przetrawić. Zresztą jak można zacząć recenzję od słów "Nie znam sie na rapie z USA ale coś tam napiszę" litości.
Do tego dochodzą płytki z tak egzotycznych regionów jak Skandynawia, Hiszpania, Bałkany - sam czasami lubię sobie zapuścić coś innego niż Polska/USA/Kanada, ale powiedzmy to wprost - europejski rap to padaka. IAM, Hocus Pocus, Looptroop - nie kojarzę wiele więcej grup wartych większej uwagi. Koncentrowanie sie na Starym Kontynecnie w przypadku tak ograniczonej wiedzy nt. klasyki właściwie dla mnie przekreśla gościa.
Moja rada dla Lite'a, której i tak nie przeczyta,a na pewno nie weźmie do siebie - odpuść sobie recenzowanie płyt spoza Polski, nadrób zaległości, nie rób z siebie Druha Sławka, rozszerz słownik i schematy tekstów - to będzie dobry początek.
I mimo wszystko, uważam że ze wszystkich amatorów blogowania to Lite ma największe szanse żeby kiedyś żyć z tego co pisze - jeżeli tylko weźmie do siebie to co wszyscy z głowa na odpowiednim miejscu starają się mu powiedzieć.

RaportHH


Jednolita szata graficzna, przerost filmów z youtube przez co strona się ładuje i przewija ruski miesiąc (na moim komputerze...) i.....nie jestem w stanie nic więcej wyłapać. Obecnie dla mnie najlepszy rapowy (choć nie tylko) blog w sieci.
Gdybym miał się bawić w wymienianie zalet to na pierwszym miejscu - daleko wyprzedzającym następne - jest wiedza Bartkosa. Coś o co w sumie jestem zazdrosny, bo ambicję żeby znać lata 90 w takim stopiu jak Dawid mam od dawna - z różnym skutkiem....
Do tego systematyczność, niebanalność tekstów i poukładane pod czaszką.
Jeszcze jedno co mnie cały czas zadziwia to ilośc tutułów w rubryczce "Na odsłuchu".Ja nawet jak odświeżam płytki to z 3,4 przesłuchania im poświęcam (o nowościach już nawet nie mówię).
Gdybym dostał zsyłkę na Sybir i mógł ze sobą zabrać laptopa z dostepem do jednej strony internetowe to.... nie byłby to Raport, raczej youtube czy coś podobnego. Ale przy 5 stronach już bym sie zastanowił. Czytajcie i uczcie się bo warto.


Jacy Rap



Drugi po Litosławie, który dostał tytuł "gimbusa" wśród blogerów - z kilkoma znaczącymi różnicami:
- Jaca nie robi z siebie specjalisty od muzyki
- sięga po takie płyty, o których ja w jego wieku pojęcia nie miałem ("Midnight Marauders", "Illmatic", "It Takes a Nation of Millions to Hold Us Back")
- póki co wstrzymuje sie od pisania o nich - i dobrze
- ogólnie pozytywnie zakręcony koleś



AxunArts


Na poczatek - nie czytuje regularnie, za to szanuje bardzo. Nie śledzę bo raczej rzadko trafia w mój gust muzyczny. Szanuję, bo Axun przebija wszystkich jeżeli chodzi o regularność wpisów i zdecydowaną większość jeżeli chodzi o warsztat pisarski. Gdyby nie to, że to wordpress to w ogóle zastanowiłbym się czy nazywać to blogiem, bo także layout budzi podziw (blogi zazwyczaj nie grzeszą wyglądem).
Co jeszcze? Duzo informacji o nadchodzącej płycie Ani Dabrowskiej - za to + 10 do respektu.
Należy też wspomnieć o nowym na załodze AxunArts Marcinie Pe. Trzeci z grona gimblogerów.
Tutaj - tak jak u Jacy - daleki jestem od jechania Marcina, bo w jakiejś mierze przypomina mój początkowy styl pisania. No i jest kibicem Juve....i studiuje politologię (student 4 roku Nauk Politycznych się kłania) -sorry, "lokalny" patriotyzm - nie bede jechać. Choć oczywiście wiele rzeczy do poprawy - prawie wszystko to co Lite'a.

Rap z podziemia


Jeden z dwóch blogów, na które trafiłem w ostatnim czasie. Janca robi coś świetnego, coś na co kiedyś miałem ambicję ale brak czasu wybił mi ten pomysł z głowy. Chodzi o przedstawianie podziemnych produkcji z Polski. Jako były fanatyk polskiego undergroundu nie mogę nie spropsować. Oby wystarczyło zapału, bo o poziom się nie martwię.

eNoiDe - producencki punk widzenia


Fajnie wiedzieć że ktoś rzuca mięsem więcej niż ja :) i że nie jako jedyny budzę się z najpopularniejszy polskim słowem przestankowym na ustach. W sumie ciężko znaleźć jakiekolwiek minusy....poza jednym paskudnym - szablon bloga. Od lat zastanawiam się czemu blogger jeszcze nie pozbył się tego czarnego ohydztwa.

Czarny czy Biały?


Ciężko pisać o samym sobie, ale spróbuję.
Tak więc jest to kontynuacja mojego bloga z Bloog.pl.
Cechy charakterystyczne? Błękitne oczy, długie rzęsy i aktywność zamrożonego leniwca (ale cały czas żyję nadzieją, że to się zmieni). Nie specjalizuję się w recenzjach - ten typ oszczędzam na najbardziej warte tego płyty. Dużo głupich przemyśleń, z dupy mentorstwo jak ostatnio KRS-ONE. Wystarczy.

Na koniec kilka słów. Andrzej Cała i Andrzej Buda. Dwaj dziennikarze, dwaj utożsamiający się z rapem czy też kultura hip-hopową, a jakże diametralne różnice.
O Calaku nie będę nie będę się rozwodził, bo wystarczająco posłodziłem w recenzji "Beaty, Rymy, Życie".
O Budzie też pisałem, ale temat mnie do dzisiaj gotuje. Nadal nie rozumiem jak można być tak ograniczonym i jednocześnie aroganckim. Straszenie każdego kto śmie napisać prawde o sz.p. Andrzeju procesem cywilnym jest tak żałosne jak poziom jego publikacji. Tym bardziej, ze sam nie ma skrupułów w obrażaniu innych. Polecam panu kodeks cywilny przeczytać, a nie nim straszyć i przy okazji zaznajomić się z precedensami dotyczącymi blogów i w ogóle internetu. "Gówno z siebie dajesz to do ciebie wraca" (po raz kolejny z pozdrowieniami od Teta od Ostrego). A do tej pory z tego co wiem żaden z zastraszanych (sic!) nie używał epitetów, a można by.
Omijajcie blog tego pana szerokim łukiem.

No i ostatnia kwestia. Google chce zniszczyć polski hip-hop!
Klik



PS. Jeżeli w tekście są jakieś lapsy językowe, błędy itd to poprawię je może jutro. Na razie 39 stopni gorączki woła o łóżko.

wtorek, 9 lutego 2010



Wbrew pozorom związanym z tytułem, nie będę pisał głównie w konwencji "jak rap jest najlepszy". To raczej kolejne kilka przemyśleń na temat jak głupich mamy słuchaczy. Do rozważań natchnęła mnie ostatnia rozmowa z Bartkosem, którą można by podsumować krótko i treściwie "polscy słuchacze to idioci".
Sięgnijcie pamięcią do wszystkich osób utożsamiających się z rapem jakich znacie/znaliście - ilu z nich potrafi się podpisać bez literowania swojego nazwiska?
Żadne ze środowisk nie hoduje takiej masy tłumoków jak właśnie subkultura hip-hopowa. Nie mówię tutaj o zajawkowiczach - o tym zaraz. Mówię o całej rzeszy osób na pytanie "jakiej muzyki słuchasz?" odpowiadających "hip-hopu" ewentualnie "hip-hopu i techniawek". That's so cute.
Cała patologia społeczna utożsamia się z tą muzyką i to jest smutna sprawa, bo to oznacza, że rap nadal dla ludzi nieogarniętych w temacie będzie tym czym jest obecnie - hymnem półgłówków. I tak z pokolenia na pokolenie, z pokolenia na pokolenie...
Sprawa wygląda inaczej z ludźmi dla których rap naprawdę jest częścią życia. Zaryzykuje stwierdzenie, że jest to najbardziej normalne środowisko ładnie balansujące pomiędzy zmanierowanymi studenciakami, a ludźmi dla których Lem to rodzaj zboża. I chyba nawet wiem skąd to się bierze - z pasji (ładne słowo,nie?). Zauważyłem po sobie, że o wiele przyjemniej mi się gada z ludźmi zafascynowanymi czymś (co nawet nie musi mnie interesować) niż nawet z największymi duszami i duchami towarzystwa niestrzelającymi najlepszymi ripostami godzinę po fakcie (pozdro Afrojax). Czy to muzyka, czy to historia, sport czy zwierzęta - każda pasja rozwija człowieka. I to sumie jest odpowiedzią na to czemu mamy takie głupie środowisko hip-hopowe. Bo większość tego środowiska nie ma o tej muzyce bladego pojęcia, a wiedzę czerpią z 10,15 płyt które znają. Nawet klasyka polskiego rapu nie zmieści się w 15 tytułach, a co tu mówić o rapie w ogóle.
Nie wiem, nie rozumiem, nie orientuje się czemu tak jest, że każdy chce być ekspertem w sprawach muzyki. Pięknie to kiedyś Northim napisał, że mimo że słucha rocka, popu i jeszcze kilku gatunków to nie określi się jako ich fan, bo nie ma wystarczającej wiedzy . I z tego założenia powinno się wychodzić do każdego tematu - nie tylko muzyki.
Pięknie to obrazuje kwestia rozważań naszych znawców na temat jaki rap jest lepszy - ten z Polski, czy ten z USA. No przyznam, że nic nie powoduje u mnie tak wulgarnego śmiechu jak rozważania na ten temat. A oto kilka schematycznych, przykładowych odpowiedzi z komentarzem:

1) "Ja osobiście wolę polski rap. Z prostej przyczyny, bo go rozumiem." - bardzo częsta odpowiedź i wcale nie taka głupia. Pewnie, że lepiej w pełni lub w większej części rozumieć tekst, niż nie kumać nic. Z tym że flow i bitów translatorem nie potraktujesz, a to one w głównej mierze decydują o jakości - co już nie raz pisałem. Zresztą nawet ogarniając jako tako angielski, a nawet dodatkowo podstawowy slang, nie będziesz w stanie zrozumieć wielu raperów. MF Doom to sztandarowy przykład. Gift of Gab jak przyspiesza też mi osobiście sprawia trudność.
Dodatkowy problem mają wzrokowcy uzależnieni od lyricsów (me again) - wtedy naprawdę ciężko wyłapać najcelniejsze punche, bo listening kuleje. Ale to wcale nie odbiera przyjemności odbioru, a czasami wręcz pomaga - niektórych raperów lepiej nie rozumieć i nie tłumaczyć....

2) "Amerykanie to tylko złoto, dziwki i fury, a u nas o życiu raperzy mówią" - Nawet gdyby tak było (a nie jest) to co to zmienia skoro tego nie rozumiesz (patrz pkt. 1)? A nawet jak już zrozumiesz to chyba lepiej słuchać o kobiecych jędrnych pośladkach niż milionowy raz o tym, że "ja z kumplami, ty z koleżankami" (to jest prawdziwy gay rap).

3) "Ja słucham PL hip-hopu, bo według mnie w HH chodzi o przesłanie" - wiąże się z drugim punktem z tym ze tym razem w poszukiwaniu celu w życiu odsyłam do Koranu albo czegoś podobnego. Ostatecznie jakieś wiersze Kiplinga.

4) Tutaj znalazłem świetną wypowiedź której nie skomentuje "Ludzie mam głęboko w dupie skąd się wywodzi rap . . Jestem jego fanem co nie znaczy , że będę słuchał zagranicznego rapu ( tekst rozumiem ale po prostu za nim nie przepadam) . .
Piszecie, że Eminem czy tam 2pac to kozaki . . Eminem owszem ale pare lat temu. 2pac hmm jest murzynem i dlatego go nie lubię .

A jak ktoś ma się za wielkiego fana rapu tylko dlatego, że słucha brudasów z ameryki to gratuluję ;]"
[`]

5) Mój faworyt "A ja słucham głównie psychorapu". Taki tekst mnie zawsze rozwala gdy tylko staram się ogarnąć ksywki tych wszystkich raperów tworzących psychorap (setki, tysiące...salw śmiechu)


Sprawa jest prosta. W kwestii rozumienia tej kultury zawsze będziemy "100 lat za murzynami". I to czuć w każdym utworze od The Last Poets, przez ATCQ, a skończywszy na Kid Cudim. Tam tę muzykę wysysasz z mlekiem matki, tutaj się musisz jej uczyć.
Kolejna sprawa - nie mniej ważna - to wielkość sceny. W Polsce mamy może 20-30 raperów których da się słuchać z czego może 5 można określić mianem "zajebisty". W Stanach w na samym Brooklynie wychowało się z 50 świetnych raperów w tym 10 legend. A to jest tylko jedna dzielnica Nowego Jorku. Wielkość sceny pociąga za sobą naturalnie większy wybór albumów wiec każdy może znaleźć coś dla siebie. W końcu nie każdy lubi Dirty South, g-funk czy jazz rap. Będąc ograniczonym do Polski właściwie nie masz wyboru wśród dobrych płyt, bo takie wychodzą raz na pół roku, a ile można słuchać "Koniec Żartów" czy "Najebawszy"?
Słuchając rapu ze Stanów rozwijasz przeklęty listening (jeżeli nie rozleniwiasz się nad lyricsami jak autor tego tekstu) co pomaga w przyszłości.
Poszerzasz horyzonty muzyczne. Dowód? Kiedyś przechodziłem obojętnie obok Madvillainy czy Company Flow. Kiedyś. I wiem, że nie tylko ja w miarę osłuchania doceniałem coraz więcej płyt.
I w końcu rozwijasz pasję, bo nic tak nie nakręca jak kolejny przesłuchany klasyk, których jest zatrzęsienie.

Sam osobiście bardzo lubię słuchać polskiego rapu, ale tylko tego słuchalnego którego - nie oszukujmy się - jest jak na lekarstwo. Jedna płyta Tetrisa czy Ortegi jest więcej warta niż reszta zeszłorocznych wydawnictw razem wzięta (no może z wyjątkiem Mesa). Absolutna większość sceny to nieporozumienie i tylko z tego powodu polecam olać kolejną płytę Gurala czy innego Tede i chociaż raz sprawdzić Q-Tipa, Time Machine czy Mos Defa. Później idzie już gładko.

środa, 14 października 2009

Wiesz jaki to gość - "zapomnij o dentyście"

Rap jest jak puszka brzoskwiń. Nawet gdy się odwrócisz plecami do reszty owocowych kompanów i tak będziesz czuł ich owocowy odór i ścisk na mięsistych brzoskwiniowych plecach.
Stanowczo postanowiłem sobie kilka dni temu, że nie będę dotykał w najbliższych miesiącach nic co ma w nazwie "Tede" lub "Peja". Dupa z planów.

Coś tam już pisałem o tym beefie, ale ostatni dni przyniosły kolejne wydarzenia więc dodaję postscriptum.

Dissy Tedzika jak pisałem, na kolana mnie nie rzuciły. Jedynie fajne cuty z "Misia" nadały im nieco blasku. Kilka dni później mieliśmy odpowiedź Peji z wcale nie gorszymi "żarcikami". Tendencyjność ze mnie kipi w stosunku do wszystkiego co wydaje Peja, co wydał i co wyda więc mówię, że "chujowe" i do widzenia. Zdania nie zmienię dopóki gamoń nie przeprosi całego środowiska za incydent w Zielonej G. I niewiele mnie obchodzi, że ktoś mnie posądzi o mieszanie dwóch kwestii, bo ja akurat czuję duży opór w słuchaniu idiotów, którym nawet ręki bym nie podał, a najprawdopodobniej zapoznał ich z gruntem.
Pisałem przy okazji recenzji "Dwuznacznie" o odpowiedzialności Teta za swój rap. I czy w tym przypadku z Zielonej Góry nie chodzi o to samo? O zwykłą odpowiedzialność przed tysiącami fanów, najczęściej tępych fanów. Nie wiem jak można być tak ograniczonym, żeby nie przewidzieć konsekwencji wykrzykiwania do mikrofonu idiotyzmów typu "wszystko na mój koszt".
Jeszcze bardziej kretyńskie jest tłumaczenie tego hejtingiem. Od spraw porządkowych na koncertach są ochroniarze, a nie wszechwładny król rapu i królowa w jednej osobie - Rysiu. Widocznie szanowny pan Peja tego nie rozumie.

Jedyna świetna rzecz w tym całym zamieszaniu to wywiad jakiego udzielił Tede dla CGM. Naprawdę niewiele jest przyzwoitych wywiadów z polskimi raperami gdzie odpowiadający na pytania ma coś sensownego do powiedzenia. Tutaj mamy prawie pół godziny konkretów - moim skromnym zdaniem warte więcej, niż dwie poprzednie solowe płyty Tedzika (wyłączając WFD i Note2, bo jej nadal nie słyszałem).
Określenia dla fanów Rysia, tony argumentów i celnych komentarzy do zachowania Peji. Kto jeszcze jakimś cudem nie oglądał to polecam.
Oto cały wywiad
Peja-idiota odpowiedział dissami. Po raz kolejny tak żenującymi jak on sam. I na tym jego kwestię zamykam. Więcej ksywka Peja na tym blogu się nie ukaże. Mogę dać to na piśmie.

Jak każdy beef tak i ten przyciąga masy spragnionych adrenaliny chłopców. Tak wiec komentarze na YT nie za bardzo mnie dziwią. Albo przynajmniej większość, bo gdy sprawdzam profile autorów najbardziej prostackich i idiotycznych komentów i widzę wiek 30 lat albo co lepiej płeć-kobieta to trochę marszczę czoło, nie powiem.
No ja mam 23 wiosny i jak patrzę na siebie to nie potrafię wyobrazić sobie swojej psychiki za 7 lat, bo wydaje mi się ,że bardziej dojrzeć już się nie da. Oczywiście się mylę ale nie o to chodzi. Zawsze byłem przekonany, że z teksów typu "ty komercyjna świnio, wąchaj jaja" wyrasta się w wieku, dajmy na to, 20 lat max(jeżeli w ogóle kiedykolwiek się do nich "dorasta"). A tutaj mamy bandę dorosłych inaczej, sadzących teksty, na które nie jeden licealista by się skrzywił. Jak już nie raz pisałem - jaki wykonawca - tacy fani.

Następna notka dla odmiany będzie o ptaszka, kwiatkach, pszczółkach itp. A tutaj przedsmak klimatu



One love dla tej piosenki od tylu lat!

niedziela, 28 czerwca 2009

Periodyzacja polskiego rapu



Mamy 2009 rok, a to oznacza, że chyba argumenty dla usprawiedliwienia słabego rapu w naszym pięknym kraju dotyczące wieku tej muzyki tracą trochę na ważności.
W zasadzie nie spotkałem się z jakimś szczegółowym podziałem polskiej muzyki hip-hopowej ze względu na lata w których powstawał. Oczywiście jest ogólny podział typu "to co było na początku i to co jest teraz" albo "początek, złoty wiek, newschool".
Pewnie trochę racji w takim ogólnym podziale jest, ale myślę ze można się do tego dobrać głębiej i to mam zamiar zrobić.

O ile pierwsze próby zakorzenienia w Polsce elementów graffiti i breaka ciężko umieścić czasowo ze względu na dość elitarną grupę osób wśród których się rozprzestrzeniały, o tyle rap już tak wielkich problemów nie sprawia, choćby ze względu na rok wydania na okładce.

I Okres (lata: od połowy lat 80' do 1995) aka "Coś tam pieprzymy chociaż nam ledwo staje"


fot. Franek Kimon (Piotr Fronczewski)


Okres bardzo charakterystyczny z jednego względu. Zapoczątkowały go osoby nie związane później z rapem, a jeżeli już to w bardzo niewielkim stopniu. Mówię tutaj o Franku Kimono (Piotrze Fronczewskim) oraz Kaziku Staszewskim. Nawet jeżeli ich początkowe albumy nie uznamy za czysto hip-hopowe (chociaż nie wiem co to określenie miałoby znaczyć) to trudno zaprzeczyć, że obydwaj artyści rapują, nawet nie recytują, po prostu rapują.
Oprócz tej dwójki pojawiają się także pierwsze nielegale przyszłych idoli takich jak Peja czy Liroy. Z tym że ciężko cokolwiek o nich napisać ponieważ dostęp do tych płyt, nawet obecnie, w czasach dostępu do wszystkiego, jest ograniczony czy nawet niemożliwy.

Najważniejsze pozycje:

1. Franek Kimono - Franek Kimono (1984) Nieśmiertelny "King Bruce Lee karate mistrz"
2. Kult - Posłuchaj to do Ciebie (1987) (właściwie jeden numer: "Narodzeni na nowo")
3. Kazik - Spalam się (1991) Tytułowe "Spalam się"

II Okres (lata 1995 - 1997) "Się rozkręcamy"


fot. Liroy


Kolejny okres bardzo charakterystyczny. Tym razem ze względu na tematykę rapu, który głównie obracał się w realiach ulicznych, czy nawet momentami zawadzający o gangsterkę. Wulgarność, bezkompromisowość, czyli coś czego do tej pory na większą skalę nie było. Za początek tego okresu można uznać legalny debiut Liroya. Czy się go lubi, czy nie, raperem oddziałującym przez pewien okres czasu na tę muzykę był. Czy oddziałującym negatywnie, czy pozytywnie to już kwestia indywidualnej interpretacji.
Liroy był pierwszym raperem (w pełnym tego słowa znaczeniu), który trafił do radia i telewizji, lecz to nie znaczy, że nie było wtedy innych ciekawych projektów.
Właśnie w tym okresie pojawiają się pierwsze kompilacje i albumy DJ 600V.
Uderza Slums Attack, którzy obok Liroya, Mad Rappaz i choćby Born Juices (młodsi słuchacze powinni kojarzyć rapera o ksywce Mleko) tworzyli hardcorową stronę rapu w tamtych latach.
Pojawia się także pierwsza alternatywa. Psychorap w postaci Kalibra 44 był kolejnym krokiem do spopularyzowania rapowanego słowa w Polsce. Był to debiut przyszłego idola młodszych słuchaczy zaczynających swoją przygodę z rapem - Magika, chociaż trzeba szczerze przyznać że na "Księdze tajemniczej" o wiele lepiej prezentował się Dab.
Wiadomo już było, że rap nie zatrzyma się sam, ani nikt mu w tym nie pomoże. Media powoli łapały haczyk i coraz częściej na łamach gazet można było poczytać o muzyce młodych ludzi z blokowisk. Zakazany owoc bardzo pociąga, a dojrzewający zakazany owoc to złota inwestycja na lata - niektórzy wydawcy zaczynali już to rozumieć.

Najważniejsze pozycje:
1. Liroy - Alboom (1995) "Scyzoryk"
2. Kaliber44 - "Księga Tajemnicza. Prolog" (1996) "Magia i Miecz"


III Okres (lata 1998 - 1999) "10,9,8..."


fot. Płomień 81


Okres krótki, ale bardzo owocny. Sztandarowa pozycja z tego okresu, czyli "Skandal" przeniosła na dobrych kilka lat środek ciężkości do stolicy. Teraz to już nie Kielce i nie Wielkopolska nadawała rytm całej kulturze hiphopowej.
Właśnie w 1998 roku wychodzi debiutancka płyta Starego Miasta. Jedna z pierwszych oparta na koncepcie co wyraża ilość skitów (łącznie 5).
Skoro jesteśmy przy Warszawie to należy także wspomnieć o Zip Składzie, Płomieniu 81 oraz Grammatiku. 3 grupy które w późniejszych latach, nadal w pełnych składach lub solo jak np. Pezet czy Eldo, nadawały kształt warszawskiemu rapowi.
Wiele CT w składzie z Łoną oraz O.S.T.R. wydają debiuty które odbiły się na tyle mocno w środowisku że rozpoczęli po nich współprace z Asfalt Records z którym są związani do dzisiaj.

Najważniejsze pozycje:
1. Mistic Molesta - Skandal (1998) "P.K.U."
2. Grammatik - EP+ (1999) "Moja historia"
3. Płomień 81 - Na zawsze będzie płonął "Letniak"




IV Okres (lata 2000 - 2002) "Wszystko co najlepsze"


fot. Łona


Gdybym chciał wymienić wszystkie klasyczne pozycje jakie wyszły w tym okresie, to ta część była by porównywalna wielkością z reszta tekstu.
Po pierwsze wychodzi płyta która stała się typowym starterem dla początkowych słuchaczy tj "Kinematografia". Sama płyta pewnie przeszłaby bez większego echa, gdyby nie fakt samobójczej śmierci Magika, który od tego momentu stał się polskim 2Paciem.
Ale wracając do meritum, Dj 600 kontynuuje swoją działalność. Wydaje płytę za płytą, zapraszając na tracki najlepszych z najlepszych.
Ale.....pojawia się na rynku konkurencja w produkcji. Magiera i LA wypuszczają "Kodex", który rozpoczął najbardziej znany cykl płyt producenckich w Polsce.

2/3 składu Kalibra 44 nagrywa płytę już bez Magika. Odrzucając formę psychorapu, Joka i Dab postawili na klasyczne brzmienie, które skutkuje bardzo dobrym albumem, który także może być typowa pierwszą pozycją dla ludzi, którzy chcą poznać polski rap.
Warszafski Deszcz, Fisz, Grammatik, Fenomen, Pezet, WWO - to wybrani którzy trzymają Warszawę w centrum uwagi.
Na prawdziwą wytwórnię nr 1 wyrasta Asfalt. Wydając O.S.T.R.'a, Łonę i wspomnianego Fisza ukazują pełen profesjonalizm wydawniczy, którego niestety brakowało wielu ówczesnym wydawcom (pamiętacie metaforę z zakazanym owocem?).
Warto wspomnieć także o płytach, które przy zalewie produkcji przeszły bez większego echa. Mowa choćby o "Nibylandii" zespołu EGO czy "Oceanie Szarych bloków" Inespe.
Nie ma sensu wymieć wszystkich płyt wartych uwagi. Zainteresowanych odsyłam do innych źródeł, choćby wikipedii.

Najważniejsze pozycje (nie miałem wyboru, rzucałem monetą):

1. VA - Kodex (2000) "Na raz"
2. Tymon - "Zmysłów 5" (2002) "Oto Ja"
3. O.S.T.R. - Tabasko (2002) "Kochana Polsko"
4. Paktofonika - Kinematografia (2000) "Jestem Bogiem"
5. Pezet/Noon - "Muzyka Klasyczna" (2002) "Refleksje"
6. Łona - Koniec Żartów "Rozmowa"


Proszę mnie nie linczować. Jak chcecie to wyślę wam tę monetę którą rzucałem, to się na niej wyżyjecie.


V Okres (lata 2003 - 2005) "Apogeum popularności"


fot. Mezo


Część która nachodzi na kolejną część historii, ale o tym później.
Lata które na dobre wyrobiły pozycję takim raperom jak O.S.T.R., Pezet czy Eldo. Pod tym względem, że w tym momencie było wiadomo, że dopóki będzie choćby jedna osoba chętna kupić rap-płytę to oni będą nagrywać.
Charakterystyka tego okresu jednak leży gdzie indziej. W tych latach pojawia się zjawisko, którzy niektórzy dość niezręcznie i nieporadnie nazwali "hiphopolo", czyli lekkiego rapu. Jeżeli macie siostrę to zapytajcie ją czy ma jakieś "Popcorny" czy inne czasopisma dla nastolatek z 2003 lub 2004 roku. Gwarantuję, że znajdziecie mnóstwo wywiadów z takimi raperami jak Pezet, którego "Seniorita" stała się hymnem polskich gimnazjów (na spółkę z "Drin za drinem").
Jednak większą rolę w popularyzacji odegrała wytwórnia UMC, która obok Asfaltu stała się prawdziwa potegą wydawniczą z tym, że doszli do tego zupełnie inną metodą.
Single takie jak "Aniele" i "Suczki" na pewno nie zostaną długo zapomniane przez wielu którzy pamiętają te czasy, a większość powinna.

Najważniejsze pozycje (z naciskiem na "najważniejsze"):

1. Mezo/Lajner - Mezokracja (2003) "Żeby nie było"
2. Trzeci wymiar - Cztery pory rapu (2003) "Piętnastu MCs"
3. Eis - Gdzie jest Eis? (2003) "Najlepsze Dni"
4. Eldo - Eternia (2003) "Mędrcy z kosmosu"
5. Duże Pe + IGS + DJ Spox - Sinus "Para z zielonej herbaty"
6. Ten Typ Mes - Alkopoligamia. Zapiski Typa (2005) "Wjaazd!"


VI Okres (2004 - 2006) "Internetowe podziemie"


fot. Te Tris


Tytuł może nietrafiony, ale nie o nazewnictwo tutaj chodzi.
Wspomniałem wcześniej o nachodzeniu na siebie okresów i w tym przypadku bardzo dobrze to widać. Z jednej strony cały czas mamy mainstream, który powoli staje się trochę niedostępną fortecą, coraz mniej wydawców decyduje się wydawać rap, który ustąpił miejsca muzyce klubowej. Z drugiej strony powstaje siła jakiej nie było od kilku lat.
Myślę, że spokojnie za początek tej części "historii" można uznać "Naturalnie" Tetrisa. Tet pokazał, że można robić dobry rap, a może i nawet najlepszy bez kontraktu. I mimo, że wielu traktowało podziemie trochę po macoszemu, to ta część sceny żyła własnym życiem i rozwijała się według własnych reguł. Pojawiła się alternatywa dla podstarzałych i rozleniwionych "gwiazd" z legala i popowych artystów.
Niemały udział w popularyzacji podziemnej sceny miał internet, coraz powszechniejszy w polskich domach dał łatwy dostęp do, bądź co bądź darmowych płyt.
Jimson, Smarki Smark, Eskaubei, Kidd i wielu innych prezentuje poziom, na który wielu zakontraktowanych może patrzeć jak na nierealne marzenie. Liczne followupy do rapu z USA, flow i duży nacisk na technikę tworzy kolejny krok w rozwoju sceny.

Najważniejsze pozycje:

1. Tetris - Naturalnie (2004) "Magnum"
2. Jimson - Gram na czarno (bootleg) (2005) "Jestem pewien"
3. Smarki Smark/Kixnare/Pysk - Najebawszy EP (2005) "Kawałek o miłości (Amyawy)"
4. Zkibwoy & DJ Ader - Obskurw King (2005) "Skandale (Feat. Pan Wanxxx)"
5. Dinal - W strefie jarania i w strefie rymowania (2006) "To jest ten"


VII Okres (lata 2007 - dzisiaj) "Czas konfederacji"


fot. Ten Typ Mes


Z jednej strony mamy podziemie, z drugiej mainstream. Z tym, że ta granica zaczyna zanikać. Wiele płyt które można by podpisać "underground" jest dostępna w formie fizycznej i to nie tylko dla najbliższych znajomych.
Z drugiej strony legalna scena wydaje się coraz bardziej monotonna. Kolejne płyty starych wyjadaczy jak O.S.T.R. czy donGURALesko nie przyciągają tak jak utalentowani młodzi MC w których rapie czuć pasję, a nie tylko obowiązek motywowany kontraktem.
Dochodzi do zaniku granicy pomiędzy obydwoma scenami i kwestią czasu jest sprowadzenie wszystkiego do małych wytwórni bądź wypuszczania płyt za własne pieniądze.

1. Jimson - Gorączka w parku igieł (2008) "Gorąca ofiara"
2. W.E.N.A. - Wyższe dobro (2007) "S-A-L-U-T-U-J"
3. Rasmentalism - Dobra muzyka, ładne życie (2008) "Tenis Bistro"
4. O.S.T.R. - Ja tu tylko sprzątam (2008) "1980"



Podkreślam jeszcze raz, że wszelkie podziały są umowne i należy na nie patrzeć z przymrużeniem oka, tak samo na wyszczególnione pozycje.

Postaram się także podzielić rap z USA, ale tam może być o wiele trudniej i dłużej. Na razie cieszcie się tym. Pozdrawiam

sobota, 20 czerwca 2009









Czerwiec - sesja egzaminacyjna, finały NBA i wszelkich innych lig, wakacje i półroczne podsumowania.
Nie wiem czy tylko ja mam takie wrażenie, ale ten rok nie zapowiada się zbyt owocnie, przynajmniej jeżeli chodzi o ilość płyt. Odrzucając gorące materiały od Waszki G i innych Maciusiów z Klanu niewiele więcej się dzieje. Ale że ilość nie musi iść w parze z jakością, marudzić nie będę. Kilka słów o tym co za nami, co przed nami itp itd

Polska

Jak co roku zaatakował O.S.T.R. Piszę "zaatakował" bo ciężko nazwać to "wypuszczeniem płyty"... Po zeszłorocznej płytce miałem nadzieję, że coś drgnie u Adama i zacznie na nowo zachwycać słuchaczy, a nie tylko swoich licznych fanów. Ciężko mi nawet powiedzieć w czym "O.C.B" jest słabsze od "Ja tu tylko sprzątam", które moim zdaniem jest najlepszą płytą w dyskografii Ostrego (no może obok "Tabasko"). Z "O.C.B" jest niby wszystko OK, bity za bardzo nie odbiegają poziomem od tych sprzed roku, raper - no w rok nie można obniżyć poziomu, goście - nawet lepiej niż przed rokiem (czyt. Evidence zjada samą ksywką wszystkich dotychczasowych gości na płytach Ostrego). A jednak czegoś brakuje. Być może już totalne znudzenie głosem głównego MC - to chyba najbardziej prawdopodobne. Gdyby nie to, że Adam ma syna i żonę na utrzymaniu radziłbym mu wstrzymać się z wydawaniem kolejnych płyt przez 4,5 lat i powrócić "w chwale". Za rok widzimy kolejną płytę Ostrowskiego na półkach.

To półrocze miało to do siebie że ukazały się w nim 2 płyty, dwóch raperów którzy chyba jako jedni z niewielu są tolerowani i unikają większego hejtingu w całym hip-hopowym środowisku. Pierwszym oczywiście jest O.S.T.R, a drugim (w tym miejscu powinny być trzy kropki dla zbudowania napięcia ale przecież wszyscy wiedzą o kogo chodzi) Ten Typ Mes. Paradoksalnie kojarzy mi się pewien świetny wers w odniesieniu do tej sytuacji: "dla dziewcząt, dla chłopców, dla starców, kierowców dla żon i dla matek" dla wszystkich związanych z rapem. Taki jest Mes. I w sumie trudno się dziwić bo mało kto dysponuje tak charyzmatycznym flow, krystaliczną dykcją, a przy tym świetnie składa rymy i to nie typu "kali chcieć, kali mieć podwójne, poczwórne, sześciokątne i ch*j wie jakie jeszcze".
"Zamach na przeciętność" razi już na początku obrzydliwą okładką, która, no sorry, nie ma uzasadnienia. Następnie razi jeszcze bardziej lecz już tym razem pozytywnie. Naprawdę ciekawe przemyślenia (tematy oklepane, ale fajnie ujęte), storytellingi w tym nad wyraz genialny "Dwadzieścia Pięć". Do tego zestawu dochodzi siekające na kawałki "Welcome/Willkommen!" TUTAJ STOP! Linijka która skłoniła mnie do bezproduktywnych przemyśleń:

"Nie mam 160 IQ, ale mam rację
Ta co tyle miała, ponoć przeszła operację
silikon wlali jej do głowy, a po wszystkim
pocięli mózg na półkule i wszczepili w cycki"


Zastanawia mnie czy gdyby Doda dopadła Mesa w jakiejś windzie to zachowałby się jak szanowny pan Mieszko. Pytanie retoryczne.

Image and video hosting by TinyPic

Bardzo ciekawy pomysł na "OiOM", szczególnie dla osoby, która zaczynała swoją muzyczną podróż od gitarowych brzmień. Jeszcze jedno przemyślenie.....powinno się zakazać wypuszczania singli przed premiera płyty! Jakieś sankcje finansowe, czy coś. No nie może tak być, żeby jeden z trzech typowo hitowych numerów wychodził przed premierą i żeby była szansa go przesłuchać na wszystkie sposoby i we wszystkich możliwych remixach. Nieładnie panie Mes.

Trzeci najgłośniejszy materiał skłonił mnie do jeszcze większych przemyśleń (wychodzi na to, że nic innego nie robię tylko rozkminiam duperele). Mixtape. Debiut. Średnia forma jak na tego konkretnego MC. A mimo tego zakatowywałem "Stick to my name right" przez długie tygodnie i nadal to robię. Wniosek:
1)Albo polski rap jest tak biedny że Te Tris wydając średni, jak na siebie, materiał zmiata wszystko.
2)Albo to schorzenie genetyczne

Zdrowy jestem, więc zostaje pierwsza opcja. Może to nawet nie jest tak że polski rap jest do bani (za często już na ten temat płakałem). Chyba każdy słuchacz chce dobrych polskich płyt. W zeszłym roku był Jimson w tym roku jest Tet (a LP jeszcze w drodze!!), Brudne Serca pewnie będą następne. Zmiana pokoleń, ot co. Przy tech projektach taki Eldo wygląda jak....bardzo źle wygląda.

Co przed nami?
Tet ze swoim LP. Na mixtape się nie załapałem więc tutaj zamawiam preorder 2LP. Ta płyta zniszczy wszystko!
Jimson. Skończył się sezon NBA, mistrzostwa Europy rozgrywane są w dzień więc Kwiatkowski powinien się w końcu sprężyć i nagrać ten materiał. Może jednocześnie z Projektem Nasłuch?
Łozo aka Pitahaya! Po oglądnieciu (pozdro Vnm) tracklisty już wiem, że zamawiam na nośniku fizycznym! Głosu Łoza można nie lubić, ale to godny reprezentant Wrooklynu i naprawdę jest na co czekać.
Medium coś tam przebąkiwał o nowej płycie (oby krótszej).

Pominąłem płyty Warszafskiego Deszczu i Trzeciego Wymiaru. Nie dlatego bo to mainstream i są "be", tylko dlatego, że poczta zgubiła mi przesyłkę z tym dwupakiem (one hatred), więc na razie nie sprawdzam. TW podobno nieźle (chociaż już znudziły mi się te "wypasione bity"), WFD - fajnie, że wrócili i tylko tyle do powiedzenia.


US

Też trzy płyty które zapadły mi w pamięć. Czasu mało to i mało słucham.

Teraz będzie internetowo! Kto nie lubi beefów przez net, for internetowych i wycieków mp3, proszony jest o pominięcie tego fragmentu tekstu!
Mos Def - "The Ecstatic". Póki co wyciek, ale jeżeli to będzie finalna wersja to wow!
Z Defem był problem na dwóch ostatnich płytach - dostawał średnie bity. Na palcach jednej ręki można policzyć takie numery jak "Dollar Day" czy "U R the One". Na najnowszym albumie jest (będzie, jeżeli się nie zmieni) inaczej. Właściwie w całości została wyprodukowana przez artystów ze Stone Throw.
"Jakie to banalne" możne by pomyśleć. Mos Def plus chory styl Stone Throw? Przecież tak powinno być od dawna. No, ale jednak nie było. Póki co płyta roku. To póki co kawałek roku. Czy tak zostanie do stycznia? Miejmy nadzieję że nie.

Po stosunkowo długiej przerwie wrócił Brother Ali - albinos z Minneapolis. Po raz kolejny mamy świetną, dynamiczną płytę, świetnie nadająca się do auta czy na imprezę (przynajmniej na początek imprezy).
Czy tylko ja mam wrażenie, że gdziekolwiek Slug się nie pojawi, tam powstaje najlepszy numer na płycie? "Line Of Scrimmage" u EV, teraz "The Believers" u Aliego - świetny raper. Tym featuringiem przekonał mnie do tego, żeby sprawdzić w całości dyskografię Atmosphere.

Trzecia pozycja to niestety rozczarowanie. MF Doom, a obecnie właściwie Doom zawiódł dość mocno. Chyba każdy oczekiwał co najmniej bardzo dobrego albumu Daniela, a mamy kolejny niewiele znaczący przy takim Madvillain zestaw dźwięków, czasami nawet trzymający jakiś tam poziom. Nie wiem, może "Born like this" należy słuchać w jakieś określone dni tygodnia, w określonej pozycji czy pijąc określony napój. Ja po wykorzystaniu 5,6 możliwości zrezygnowałem. Za trzy miesiące kolejne podejście. Do Madvillain przekonywałem się 2 lata więc jestem na dobrej drodze.

Czekam z niecierpliwością na wspólną płytę KRS-One'a i Buckshota. Po kilku numerach które wypuścili wiem że to będzie siekacz bębenków usznych. Jeden z najlepszych głosów w rapie i chyba powracający do formy Teacher - będzie gorąąąco.
Image and video hosting by TinyPic

Blu&Exile. Blu już na dobre zagościł w moim osobistym Hall of Fame i na każdy projekt czekam z niecierpliwością. Póki co, sprawdzam sobie jakieś tam mixtapy i jest fajnie. Z Exile będzie jeszcze fajniej.

WRACAJĄ! Czy ktoś pamięta jeszcze moją klasyfikację ulubionych albumów? Co było na szczycie? Reflection Eternal is back! Wypuszczone dwa single każą sądzić, że ten rok może należeć ponownie do Blackstar. Mos Def już właściwie zagarnął co się dało, Talib zrobi resztę.



Niech ktoś powie że nie.

PS. Nie lubimy Jędkera i tego CZEGOŚ co on nagrał. Połowa telefonów komórkowych już TO ma wgrane i katuje ludzi w autobusach i na przystankach.

środa, 22 kwietnia 2009

Łonet peel




"Czasem myślę gdzie jest kres tej ludzkiej głupoty" że tak zacytuję Jotuze. Są miejsca w sieci które skutecznie na wiele dni potrafią zniesmaczyć do internetu. Ja do takich miejsc i w ogóle sytuacji zaliczam:

- spam na gg
- różowe blogi połyskujące brokatem wyskakujące nie wiadomo skąd
- onet.pl

Przy powyższych, nawet portal z kreską wykazuje aspirację do Mensy.

Jakieś pół roku temu toczyłem piane z ust na widok komentarzy pod jednym z newsów dotyczących rapu. Dystansu trochę nabrałem, ale panowie z onetu widać nie mają zamiaru składać broni i nadal mnie denerwują więc i ja nie odpuszczę.


Idę o zakład, że dla większości osób onet był pierwszym portalem, a może w ogóle adresem internetowym, jaki w życiu odwiedzili. Jeszcze 3,4 lata temu trwała zażarta wojna pomiędzy 'O' (tak sobie skrócę) i Wirtualną Polską. Z wojny tej zwycięsko wyszedł onet, a przyczyniła się z pewnością do tego grupa ITI, która, co by nie powiedzieć, czego się nie dotknie zamienia się w złoto (no może przesadzam ale znają się na interesach). W każdym bądź razie, onet urósł w siłę i obecnie nie ma chyba częściej odwiedzanej strony poza google.

Przyczyny takiej popularności? Pewnie jest ich kilka. Z pewnością dostęp do wszelkich informacji (chociaż pozorny, ale o tym za chwilę), przejrzysty layout i to co Polacy lubią najbardziej - forum onetu.

1. Informacje - Jeden skuteczny patent, nie ważne czy dotyczy polityki, sportu czy biznesu. Piękny tytuł na stronie głównej. Przyznać się bez bicia, ile razy wchodząc na onet dostawaliście wytrzeszczu oczu? Ja przyznam że wiele razy, a że za ciekawie wtedy nie wyglądam to mnie to osobiście drażni jak cholera.

Patent na dewianta czyli z zaskoczenia:

"Prezydent nie żyje" otwieramy news --> Były prezydent Gwatemalii zmarł dziś rano, miał 95 lat.

"Ronaldinho zasila kongijski klub" otwieramy news --> Ronaldinho oddał na cele charytatywne ulubioną parę dziesięcioletnich skarpet. Według niepotwierdzonych informacji grać w nich będzie król strzelców ligi kongijskiej Ali Hami Muzami.

PuDELkowY stajl:
"Emma Watson sypia z Sandrą" otwieramy news --> Emma Watson ma nowego kotka, właściwie kotkę którą nazwała Sandra.

"Romans Alicii Keys z Bushem" otwieramy news --> Po ostatnim z koncertów, Alicia Keys widziana była w towarzystwie mężczyzny ok. 30-letniego, który jak dowiedział się nasz reporter nazywa się Buszyński. Alicia wyjaśnia, że facet tylko pytał o godzinę ale my wiemy swoje!

Żebyś otworzył ten link to nawet damy d**y - dotyczy głównie sportu

19.00 "Słaby wyścig Robeta Kubicy"
19.25 "Komentarze po wyścigu Kubicy"
20.00 "Robert Kubica odchodzi z BMW"
06.00 "Robert Kubica spotyka się z Schumacherem"
07.00 "Robert Kubica i Schumacher zakładają nowy team"
07.30 "Projekt nowego samochodu Kubicy już gotowy!!"
08.00 "Robert Kubica godzi się z BMW Sauber i udziela wspólnej powyścigowej konferencji"

Powyższe tytuły to moja koloryzacja, ale przy tempie "rozwoju" Onetu możemy się ich spodziewać za jakieś pół roku góra osiem miesięcy.

Nawiązując do ostatniego punktu. Zastanawiam się, jak można się nazywać portalem internetowym, największym w Polsce skoro w rubryce sport mienią się tylko 3 nazwiska?
Rozumiem że panowie z 'O' nie mają dostępu do BBC czy Yahoo, ale żeby aż tak przycinać w ch**a?
Bardzo się cieszę że Marcin Gortat się rozwija i staję sie coraz bardziej pożytecznym Role Player ale bez przesady. Nazywanie Dwighta Howarda (all-star i przyszły członek Hall of Fame) "kolegą z drużyny Marcina" to bardzo cienki żart i do tego niesmaczny.
Małyszomania, Kubicomania, Gortatomania - to nie bierze się z powietrza, tylko ktoś to musi podsysać i czerpać z tego zyski. Wiadomo kto.
Koniec końców, każdy po takich newsach jest ekspertem w każdej dziedzinie.

Poziom recenzji płyt to kolejny temat-rzeka.
Nie będę się czepiał ortografii, bo sam robię błędy, szczególnie na komputerze nie patrząc w zasadzie na monitor (nie umiem pisać bezwzrokowo :), interpunkcję tym bardziej można wybaczyć. Ale poziomu tekstu oscylującego pomiędzy pierwszą, a drugą klasa gimnazjum wybaczyć nie można. Składnia, oryginalność, styl i wiedza - nothing!
Często przeglądam polskie blogspoty, nie tylko hip hopowe i mam wrażenie, że pierwszy lepszy Janek z Olsztyna pisze ciekawiej i wnikliwiej, niż ci pseudo redaktorzy onetu. Przynajmniej czuć w tym pasję, ekspresję, a nawet jak tekst ma być poważny i z zachowaniem obiektywizmu to i tak nie jest pozbawiony jaj w przeciwieństwie do dwóch recenzji "O.C.B" Ostrego na 'O'. Bida, panie. Bida

Nawet doniesienia ze świata muzyki to żarty. Info o nowej płycie K.Westa pojawiło się 2 miesiące po tym jak okayplayer to napisał powołując się na to samo źródło.
Nie chcę tutaj zgrywać znawcy, ale domyślam się, że innych gatunków to też dotyczy, no bo chyba rap nie zasłużył sobie na tak szczególne traktowanie.

Jedyny plus w strefie kulturalnej jaki można znaleźć to to że mądre głowy w końcu wpadły jakiś czas temu na pomysł żeby utworzyć "Magiel" i oddzielić bieliznę Britney od informacji o koncercie Queen. Szkoda tylko, że nie ma opcji wyłączenia sobie tej rubryczki oraz...że teksty "poważne" nie odbiegają poziomem od tych "pudelkowych". Brawo.

Na sam koniec wisienka na torcie tj. forum onetu. Najbardziej znane forum w Polsce, najgorzej moderowane i chyba zatrudniające najwięcej ludzi.
Jaki jest sposób żeby ściągnąć ludzi przed wyborami parlamentarnymi na stronę internetową? Ano, wymyślić jakiś fajny temat do dyskusji np. wymyślając historyjkę o romansie kota Kaczyńskiego z nim samym, rzucić hasło "Tusk to żyd - jw." albo napisać jak to świetnie się żyje za granicą.
W dziale komputery można poobserwować wojnę i nie mówię o kolejnej części Total War czy Call of Duty ale "PC vs konsola" albo poczytać kto to jaki mega giga hiper komputer sobie kupił i ma zmartwienie czy pójdzie mu MS Saper.
W tematach o zdrowiu można wyczytać pean o tym, że kobiety powyżej 40 kg to już nie kobiety, a niewydepilowani faceci to brakujące ogniwo u Darwina.
W biznesie ludzie pytają "Gdzie ta Irlandia", a w dziale sport wybierają mistrza jesieni w ekstraklasie po ilości wpisów.
O komentarzach w dziele muzyka już pisałem kilka miesięcy temu.

Wszystko fajnie. Należało by się zastanowić dlaczego nikt tego nie moderuje. Moderuje, nawet bardzo intensywnie. Od znajomego mającego w CV zapisane "praca w spółce Onet.pl" dowiedziałem się, że 70 % nowych wątków w podwieszonych tematach to twory moderatorów. Wystarczy jedno hasło, a reszta dzieje się sama. I weź teraz człowieku podyskutuj z kimś na poziomie wyższym niż Rów Mariański.

Nie pisze tego z jakiejś wybitnej niechęci do onetu, bo ja tam problemu nie mam, po prostu tam już od jakiegoś czasu nie wchodzę (chyba że chce się rozweselić), to raczej kolejny tekst o tym jak głupie mamy społeczeństwo. Bo przecież prawa marketingu są bezwzględne: jeżeli coś się nie sprzedaje to tego nie produkujemy. Onetowe bagno sprzedaje się jak najtańsza, najbardziej wulgarna tajlandzka prostytutka, w dodatku transseksualna.

Szkoda, że portal z takim potencjałem jest wart tyle co Tedzika ostatnia płyta.

czwartek, 12 lutego 2009

O featuringach słów kilka

Rzadko się zdarza żeby temperatury w Polsce zimą dochodziły do tych z Kalifornii, ale jak trafia się taki news jak kilka dni temu..whoa!


Image and video hosting by TinyPic



Mr Slow Flow aka Evidence na featuringu u O.S.T.R. - kto dopiero teraz się o tym dowiedział, proszony jest o podniesienie się z podłogi, dziękuję.
Jak sięgam pamięcią, nie przypominam sobie rapera tego formatu w jednym kawałku z polskim raperem. Był El Da Sensei, ale on raczej nie jest rozpoznawany tak szeroko jak frontman Dilated Peoples, który, na marginesie, stał się cichym guru polskich truskulowców (o tym na końcu).
Nie ma co ukrywać, jest to wydarzenie, koniec, kropka.
Asfalt już od jakiegoś czasu ma dość przemyślaną strategię na utrzymanie sprzedaży swoich płyt. Pomimo zapaści rynku hip hopowego w Polsce, wytwórnia Tytusa nadal się nieźle trzyma. Naturalnie sprzedaż płyt jest nieporównywalna z tym co było jeszcze 5 lat temu, ale porównując obecną sytuację Asfaltu i dwójki głównych oponentów na rynku tj. Prosto i Embargo no to...no to nie ma porównania. Gołym okiem widać, kto wybrał dobra drogę rozwoju i dalszego funkcjonowania w muzycznym światku. Jest jeszcze My Music ale to już inna bajka.
Craig G, Sadat X, El Da Sensei, Tame One - to wybrani raperzy, którzy pojawili się na płytach Ostrego. Co więcej, El Da Sensei zdecydował się na dalszą współpracę z Asfalt Rec co owocowało bardzo dobrą płytą z Returners. Jednak nie ma się co oszukiwać, żaden z tych artystów nie dał zwrotki z jakichś ideologiczno-zimalowo-wysokolotnych pobódek. Wszystko rozbiło się o kasę. Tak samo jest z Ev. Z całym szacunkiem dla O.S.T.R.'a który ostatnią płytą zrehabilitował się za poprzednie, nudne albumy, ale nie sądzę żeby czy Evidence czy Craig G słyszeli wcześniej o kimś takim jak Adam Ostrowski (zastanawiam się, czy w ogóle zdawali sobie sprawę że w Polsce ktoś rapuje...).
Chociaż patrząc na to z drugiej strony, nie ma się czego czepiać. Raper to też pewien zawód, tylko że w Polsce przyzwyczailiśmy się, że gościnne występy są oparte na znajomości, a nie martwych królach (czy też prezydentach w przypadku Amerykanów). Przyzwyczailiśmy bo nigdy polska rap-gra nie miała do czynienia z takimi ludźmi takiego formatu jak Evidence czy El Da Sensei, którzy dają swoje zwrotki także w Stanach i też najczęściej za kasę. Pomijam oczywiście spontaniczne numery jak choćby remix "Get By" Taliba Kweli z gościnnym udziałem Mos Defa, K Westa i bodajże jeszcze Jaya-Z no, ale to była wersja przygotowana na mixtape, a nie do oficjalnej sprzedaży.

Tak czy inaczej, sprawy finansowe należy odłożyć na bok i liczyć, że Evidence nie zawiedzie i nie da jakiegoś odrzutu. Brawa dla Asflatu za normalne podejście do rapu.

Teraz ciemniejsza strona "wynajmowania" gwiazd. Wyobraź sobie, mieszkasz w Detroit(przemysłowe miasto ale tętniące rapem, w końcu tam wychował się J Dilla) jesteś fanem rapera XXX. Raper XXX jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych w całej grze, ma za sobą świetny debiut, co prawda następne płyty średnio mu wyszły ale przecież kiedyś musi się przełamać i dać kolejną petardę. Jeździsz na koncerty, odwiedzasz MySpace, jego kanał na YouTube i pewnego dnia trafiasz na maga news - na dniach Twój idol pojawi się na płycie jakiegoś rapera z Europy. Jarasz się niemiłosiernie, bo wszystkie jego zwrotki znasz na pamięć. Mijają dni, atmosfera wydaje się nie do wytrzymania, co noc budzisz się krzycząc "RELEASE IT, NOW, PLEASE!!". Płytka co prawda w Europie już się ukazała, na youtube już pojawiły się kawałki z tej płyty, w tym ten jedyny z raperem XXX, ale walcząc z samym sobą powtarzasz sobie, że przez szacunek dla swojego idola wytrzymasz i przesłuchasz w oryginale. I w końcu nadchodzi upragniony dzień. Kurier UPS przywozi przesyłkę, w środku - upragniona płyta. Jest, w końcu. Nie czekając zbyt długo zdejmujesz folie. Okładka trochę kiczowata, ale może w Europie brakuje dobrych designerów. Włączasz wysłużonego soniaka, wzmacniacz, wkładasz płytę i ..... zbiera Ci się na mdłości. Kakofonia. "Son of a bitch!!" (oglądasz dużo Lostów i jarasz się Sawyerem). Nieważne, walić płytę, ważny featuring XXX. Kliknięcie przycisku NEXT i słyszysz coś w tym stylu....



Szybko sprawdzasz na mapie gdzie leży ten kraj który wydał ten syf. Polska - między Niemcami a Rosją i jakimiś innymi zadupiami. Już wiesz które miejsce na świecie najbardziej hejtujesz do końca życia.
Spoglądasz na tracklistę i widzisz:

1. Bounce feat. Damian (2-12), Trish
2. Duże miasto feat. Staszek Soyka, Teka, Jerome XL, Craig-G
3. Ja robię rap!
4. Zwycięstwo feat. Staszek Soyka, Bizzare (D12)
5. Stop Rasizmus! feat. FMR
6. Jak?
7. W głębinach duszy feat. Kardesch, Maleek
8. Step Back feat. Jerome XL, JT Bigga Figga
9. Melanże
10. Miłości czas feat. Kardesch, Michalskie
11. Blink-Blink
12. Każdy rodzi się... feat. Shaka Amazulu 7th, Beretta / Killarmy (Wu Tang)
13. Diss feat. Moceba Mooncycle, Chang
14. Wrestling
15. Anakonda
16. SU*A feat. BRZ, Unknown Prophets
17. Piekielne wersy feat. Mr. Complex, AKIL THE MC (Jurrasic 5)



Co od tej pory myślisz sobie o Polsce?
Do czego nawiązuje? Do tego, że na następnej płycie Żuroma pojawi się Canibus (tak, ten Canibus). Nie wiem jak wy, ale ja jak kiedyś trafię do Detroit będę się przedstawiał jako Rosjanin lub Szwed. A żeby wszystkie kopie featuringu Canibusa szlag trafił! Amen.
I to była ta zła strona wynajmowania gości.

PS. Co do mody na Evidence'a. Nie macie od jakiegoś czasu podobnego wrażenia jak ja?
Chyba tylko tego brakuje...

141057_z5093465x.jpg

niedziela, 2 listopada 2008

Hip Hopowa Polityka i Polityczny Hip Hop

To już prawie 40 lat, odkąd Dj Kool Herc zaszczepił na Bronxie kulturę, która w następnych latach miała urosnąć do stopnia, którego nawet jej ojciec sobie nie wyobrażał. Kulturę, która dała pełną ekspresji sztukę uwzględniająca: muzykę, słowo, taniec oraz graffiti. Jednak jej rozmiar to nic w porównaniu z wpływem jaki miała i nadal ma na współczesny świat.

Pisząc o polityce i hip hopie dobrze jest zacząć od zdefiniowania obydwu pojęć.
Polityka, wbrew pozorom, to nie tylko to co można obejrzeć w Faktach TVNu. Polityką jest każde działanie mające na celu wpływ na coś, na kogoś lub na jakiś stan rzeczy. Inna definicja mówi, że jest to walka o zdobycie oraz utrzymanie władzy. W tym tekście jednak pojęcie polityki będzie się odnosiło raczej do tej pierwszej definicji, która jest bardziej ogólna.
Hip Hop. Najprostsze definicje są najlepsze, tak więc hip hop to kultura czy jak kto woli subkultura afroamerykańska, której początki sięgają lat 70.

Jak każda subkultura hip hop ma z natury swej rzeczy określony stosunek do polityki oraz - szerzej - życia społecznego. Tak jak punk rock, kultura hip hopowa nazywana jest nazywana kulturą buntowniczą, jednak nie można tych dwóch zjawisk zestawiać w jednym szeregu. O ile punk rock z zasady nie uznaje jakiejkolwiek władzy i zasad (albo przynajmniej takie ma fundamenty) o tyle hip hop od początku był nastawiony na „zmiany”. Skąd ta różnica? Żeby to wyjaśnić należy spojrzeć na sytuację społeczną „Czarnej Ameryki”.

Mimo, że minęło 100 lat od wojny secesyjnej, która w teorii zniosła niewolnictwo, w połowie XX wieku w Stanach Zjednoczonych nadal istniało zjawisko segregacji rasowej. Nawet pełne przyznanie w 1964 roku praw obywatelskich czarnej ludności, nie rozwiązało do końca tej sprawy. Nadal czarny mieszkaniec Ameryki był niżej w porównaniu do białych obywateli. Żeby zobrazować sytuację spójrzmy na statystyki:
- 80% czarnej ludności żyło w miastach w, najprościej ujmując, gettach
- 90% stanowiło klasę robotniczą
- stopa bezrobocia – dwa razy wyższa niż wśród białych
- średni dochód czarnych stanowił połowę dochodu białych (mowa o klasie średniej)
- połowa czarnych rodzin to rodziny niepełne
- ponad połowa dzieci rodziła się w niezalegalizowanych związkach
- 70% czarnych dziewczyn traciło dziewictwo przed 15. rokiem życia
- połowę więźniów stanowili czarni (przy czym stanowili zaledwie 13 % ludności Stanów)
- stopień umieralności na AIDS był prawie 20 razy wyższy wśród czarnych niż wśród białych mieszkańców USA
- zabójstwo było GŁÓWNĄ przyczyna śmierci czarnych mężczyzn przed 35. rokiem życia!


Większość tych współczynników utrzymuje się do dzisiaj.



W takich warunkach jest potrzebna osoba, bądź osoby, które będą potrafiły natknąć uciskaną i zacofaną grupę społeczną. Takim człowiekiem był choćby Malcolm X.



Malcolm Little (nazwisko odrzucił jako dowód odrzucenie supremacji białych) wychowany w duchu czarnego nacjonalizmu (nurtu uważającego czarny naród za uciskany, nawołujący do niepodległości), mający za sobą przeszłość kryminalną, był jednym z najbardziej wpływowych członków Narodu Islamu – organizacji mającej na celu utworzenie państwa dla Czarnych, gdyż jak sami uważali, nie mogą żyć z potomkami właścicieli niewolników. Po przyłączeniu się Malcolma X do Czarnych Muzułmanów, ruch ten bardzo się rozbudował, zdobywał nowych członków, organizował akcje społeczne oraz wielokrotnie udało mu się wymusić swoje żądania na władzach federalnych. Jednak rosnące znaczenie Malcolma X zostało zauważone przez FBI, które prowokacjami doprowadziło w końcu do opuszczenia czarnego ruchu muzułmańskiego przez Malcolma.
Po tym wydarzeniu, nawiązał on szerokie kontakty na całym świecie. Wystarczy wspomnieć Che Guevarę czy Ben Belle (pierwszego prezydenta Algierii). Odciął się także od poglądów Narodu islamu, w tym od tego że biała rasa jest od zawsze wrogiem rasy czarnej. Brał udział w posiedzeniach ONZ, trybunału w Hadze czy ONA (Organizacja Narodów Afryki). Bacznie obserwował dekolonizację, która dokonywała się w Afryce jak i na całym świecie. Nie była to wyłącznie bierna obserwacja – planował choćby wsparcie militarne dla powstańców z Afryki.

Malcolm X zginął w 1965 roku. Wg ówczesnych informacji był to zamach zorganizowany przez Narodowy Islam, jednak śledztwo prowadzone od tamtego czasu dowodzi, że najbardziej prawdopodobny był zamach inspirowany przez służby specjalne w tym FBI, które już od jakiegoś czasu planowało podobną akcję dla stłumienia wyzwoleńczych zapędów nie tylko „Czarnej Ameryki”, ale także państw Ameryki Łacińskiej.

Nie trzeba tłumaczyć, jak znacząca była to wtedy strata dla czarnej rewolucji. Jednak tragiczna śmierć Malcolma, w dłuższej perspektywie okazała się zupełnym przeciwieństwem tego, czego chciały służby państwowe.

Jeżeli by szukać korzeni rapu politycznego, nie można pominąć roku 1970. Wtedy to Jalal Mansur Nuriddin, Abiodun Oyewole i Umar Bin Hassan tworzą grupę Last Poets i nagrywają płytę, która stała się inspiracją dla takich artystów jak Public Enemy (na czele z Chuck'iem D) czy KRS-ONE. Jednocześnie, płyta ta była hołdem dla działalności Malcolma X. Był to jeden z przełomów, pokazanie getta od drugiej strony barykady, wyraźny sprzeciw grupy młodych wykształconych afro-amerykanów wobec władzy państwowej oraz uciskowi społecznemu.

Od tamtego momentu rap rósł w siłę, z gett przeniósł się do radia i telewizji. Stał się najbardziej bezpośrednim kanałem między Czarną Ameryką a resztą USA. Tak jak jazz czy blues stał się znakiem rozpoznawalnym, sygnaturą grupy która nadal mimo Karty Praw i Konstytucji była uciskana oraz stawiana niżej niż choćby amerykanie o azjatyckich korzeniach nie mówiąc już o białych obywatelach.
Wraz z komercjalizacją (w pełnym tego słowa znaczeniu) rosła radykalizacja rapu. Przełom nastąpił w 1987 roku, kiedy to zadebiutowali Public Enemy. „Yo! Bum Rush The Show” był początkiem rewolucji, „It Takes A Nation of Millions To Hold Us Back” - wydane rok później na dobre zmienił rap tak pod względem artystycznym jak i społecznym. Chuck D i Flavor Flav zapowiadali rewolucję, która na dobre zmieni porządki na świecie. „Revolution is coming”.
Grupa stała się do tego stopnia popularna, że na koncert we Francji, gdzie żyje duża grupa Czarnych, przygotowywały się tysiące osób a także...dziesiątki dziennikarzy, których celem było zdyskredytowanie rewolucjonistów ze Stanów.
Zespołowi z Nowego Jorku zarzucano paramilitarny charakter, to że występowali w wojskowych mundurach oraz, że podczas koncertów mają u boku uzbrojonych kompanów. Krytyka dotknęła także samego Chucka D który był oskarżany o nadrabianie talentu muzycznego przez chwytliwe hasła typu „Fight the Power”. Jednak każda krytyka dodatkowo wzmacniała, nie tylko Public Enemy, ale także cały rap.



Dodatkowym powodem dla którego rap Public Enemy zaczął docierać do szerszego grona, to nowe podejście do czarnego nacjonalizmu oraz jego zredefiniowanie oraz dostosowanie do nowych warunków. Do końca lat 80 czarny nacjonalizm kojarzony był z „rasizmem na odwrót” z czym nie zgadzał się Chuck D. Często podkreślał, że kolor skóry to wymysł jednych ludzi dla kontroli drugich. Nie ma 100-procentowo Białych i Czarnych.
Na koncerty PE przychodziła młodzież czarna, biała, azjatycka czy arabska. To w znacznej mierze Chuck D z zespołem uświadomili Stanom Zjednoczonym, nastolatkom z bogatszych dzielnic, jak wygląda życie w getcie, z jakimi problemami na co dzień muszą sobie radzić ich rówieśnicy z tego tylko powodu że mają inny odcień skóry. Ubóstwo, narkomania, bezrobocie, sutenerstwo, przemoc, alkoholizm, ucisk aparatu przymusu – to wszystko zadziałało na wyobraźnię USA i przygotowało naród do rewolucji. „Są momenty kiedy wszyscy jesteśmy czarni” - ten moment nadchodził.

Prawie na równi z drugim albumem Public Enemy, druga płytę wydało także Boogie Down Productions czyli pierwotnie KRS-One, D-Nice, oraz DJ Scott La Rock. Już sam tytuł („By All Means Necessary”) oraz okładka płyty mówiła do czyich poglądów odwołuję się BDP. Na pierwszym planie przedstawiony jest młody KRS-One z uzi w ręku. To co często jest zapominane i odczytywane jako bezsensowna agresja jest w rzeczywistości imitacją zdjęcia Malcolma X, który w ten sposób próbował nastraszyć potencjalnych zamachowców.

darmowy hosting obrazków

darmowy hosting obrazków


Sam debiut BDP zrodził niemałe kontrowersje. KRS-ONE w bezceremonialny sposób opisał życie w gangu ulicznym, agresję oraz handel narkotykami.
Kilka miesięcy po wydaniu „Criminal Minded” zastrzelony został Scott La Rock, co o 180 stopni zmieniło podejście KRS-ONE'a do rapu. Jak niejednokrotnie powtarzał, śmierć Scotta pozwoliła mu otworzyć oczy i zauważył jak dużą bierze na siebie odpowiedzialność, nie tylko za czyny, ale także za słowa. To od tamtego momentu jest znany jako „The Teacher” - człowiek który od handlu ciężkimi narkotykami stał się wykładowcą na uniwersytetach.

To co zaczęło się na wschodzie, miało swoje duże reperkusje na zachodzie USA, zwłaszcza w Los Angeles. Jest to największa metropolia na tej części Pacyfiku, podobnie jak w Nowym Jorku istnieją tam getta i podobnie jak w Nowym Jorku czarna ludność była traktowana jak „persona non grata”. To tam na dobre narodziła się subkultura gangowa, która swój szczyt osiągnęła w latach 80.

Crips i Bloods – dwa najsłynniejsze gangi w historii świata przez kilka lat toczyły krwawą wojnę, werbując non stop nowych członków nawet wśród najmłodszych. To ta wojna była bezpośrednią przyczyną, a raczej pretekstem, do zwiększenia represji w stosunku do Czarnych. Gdy w 1987 roku jeden z członków gangu postrzelił śmiertelnie mieszkankę jednej z bogatych dzielnic LA, LAPD (Los Angeles Police Department) rozpoczęło szerokie śledztwo której wynikiem był wniosek w Kongresie pozwalający na „skuteczniejszą walkę z przestępczością gangową”. Nienauczeni doświadczeniem politycy popełnili kolejny błąd, za który już niedługo mieli srogo zapłacić.
Narosła agresja do policji, która mając do dyspozycji prawie nieograniczoną władzę w gettach korzystała z tego obficie.
Kulminacyjnym punktem tej całej sytuacji była płyta „Straight Outta Compton” grupy N.W.A. Jedna z najbardziej bezkompromisowych w historii, przesycona agresją, ukazująca frustrację czarnej młodzieży Los Angeles. Nie było tutaj miejsca na ideologie. To co charakteryzowało rap N.W.A to agresja i nienawiść do policji. Od tej pory to nie Public Enemy było wrogiem numer 1, zostało nim N.W.A.

darmowy hosting obrazków


Władze coraz bardziej obawiały się gangów, tym bardziej że pojawił się dodatkowy powód – gangi zaczęły się jednoczyć. Istniało ryzyko odbudowania struktur Czarnych Panter (radykalnej afrocentrycznej organizacji rozbitej na początku lat 70) co zdecydowanie nie było na rękę rządzącym. Jednak na początku lat 90 było już za późno na reakcję – spełniło się przesłanie Public Enemy – ktoś popełnił błąd, który przelał czarę goryczy – zaczynała się rewolucja.



Rok 1992, Los Angeles. Na ławie oskarżonych stają policjanci oskarżeni o bestialskie znęcanie się nad czarnym kierowca ciężarówki - Rodneyem Kingiem. Całe zdarzenie zostało nagrane amatorską kamera wideo i opublikowane we wszystkich dziennikach. W ławie przysięgłych zasiadają biali resiści. Wyrok mógł być tylko jeden.
Jak powiedział Ice-T: :
„Głosować? Mówi nam się, że to właśnie powinniśmy robić. Przychodzi taka chwila, gdy ludzie muszą powiedzieć nie i wyjść na ulice po to, żeby wyciągnąć konsekwencje - czy to spalić dzielnicę, czy odpowiedniej osobie wpakować kulę w łeb. Ktoś musi wiedzieć, że z niesprawiedliwości zostaną wyciągnięte konsekwencje. Nasz rząd organizuje zamachy stanu i wywołuje zaburzenia w słabszych krajach. CIA robi to cały czas. Gdy jest problem z jakimś rządem, nasz rząd wyciąga zaraz konsekwencje, które z reguły są śmiercionośne. Ciągle mówimy ludziom z Zatoki Perskiej, że jeśli nie zrobią tego, co im każemy, to wyciągniemy konsekwencje: zbombardujemy ich. Tak działa nasz rząd. Większość problemów załatwia przy pomocy morderstwa. Więc nadeszła chwila, gdy ludzie doszli do wniosku, że nie ma sprawiedliwości. Mówi się, że mieli po prostu ochotę na rozruchy. Gdyby tak było rzeczywiście, to dlaczego rozruchy nie wybuchły w chwili, gdy pokazano kasetę wideo? Przecież to, co na niej zobaczyliśmy, wystarczało, żeby wyjść na ulice i mieć ochotę kogoś zabić. Jednakże ludzie czekali, bo jeszcze mieli nadzieję, że sprawiedliwości stanie się zadość”

Sprawiedliwości nie stało się zadość. Policjanci zostali uniewinnieni.
Jak pisze Mike Davies, w powstaniu brało udział ponad ćwierć miliona ludzi. Czarnych, Latynosów i Białych. Spełniało się proroctwo Malcolma X i Public Enemy. Los Angeles stanęło w płomieniach. Plądrowano i podpalano sklepy, oszczędzano tylko domy oraz miejsca kultu. Wtedy także doszło do zjednoczenia w walce Bloods oraz Crips – to był jeden z głównych powodów początkowego braku reakcji aparatu represji. Uzbrojeni po zęby w broń maszynową członkowie gangów działali pobudzająco na wyobraźnię oficerów LAPD oraz FBI.

Całe powstanie odbiło się dość szerokim echem na całym świecie. W ten oto sposób spełnił się jeden z celów politycznego rapu – nagłośnienie prześladowania Czarnych. To co do niedawna można było usłyszeć tylko na płytach, zostało upublicznione za pomocą telewizji, choćby CNN, a nie jak wcześniej tylko Black CNN jak często nazywano rap. Ale co najważniejsze – to radykalny rap zapowiedział rozruchy w Los Angeles, to on zaszczepił to ziarno z jednej strony nadziei, a z drugiej niepewności o to czy obecny stan jest normalny i czy trzeba się z nim godzić. To on przyciągnął uwagę, także białej ludności, na problem segregacji rasowej i społecznej w kraju, który określa się mianem najbardziej demokratycznego.

Jednak jak wszystko, tak i rap ma swoje porażki. Do tych politycznych należy na pewno zaliczyć akcję „Vote or Die” której główna twarzą był P. Diddy. Akcja, która miała zachęcić szczególnie młodych amerykanów do udziału w wyborach w 2004 roku, okazała się totalna klapą. Żeby lepiej zobrazować ten fakt wystarczy wspomnieć, że w charakterystycznej koszulce pokazywał się choćby 50 Cent a nie zarejestrował się nawet w swoim okręgu wyborczym (w Stanach jest taki przepis – rejestracja przed wszystkimi wyborami).

darmowy hosting obrazków


W tym roku ma być inaczej. Po raz pierwszy realną szansę na zwycięstwo ma afro-amerykanin Barack Obama, który wygrał wyścig o partyjną nominację w Partii Demokratów z Hilary Clinton – faworyzowaną już w 2004 roku. Odsuwając na bok zmęczenie Republikanami wśród Amerykanów, popkulturalną otoczkę kampanii Obamy oraz miliony wydawane na spoty reklamowe, można po raz pierwszy zauważyć jasne, zdecydowane poparcie dla kandydata na prezydenta ze strony społeczności rapowej.
Nie chodzi nawet o wywiady jak ten Taliba Kweli, w którym powiedział, że po raz pierwszy popiera jakiegoś polityka. NAS nagrywa numer „Black President”, powstaje mixtape „Yes, We Can” oraz „Hip Hop for Change”. Nie próżnuje także Ludacris, który nie popisał się, zupełnie jak 50 Cent, przy akcji „Vote or Die”. Sam Obama stwierdza że lubi rap, ale nie zgadza się na często zawarty tam seksizm oraz wulgarność.

darmowy hosting obrazków


Trzeba być naprawdę nieziemskim optymistą, żeby wierzyć że Czarni popierają Obamę tylko z powodów programu politycznego. Po latach ucisku jest szansa że ucieleśniona zostanie wiara czarnych obywateli, że sen Lutera Kinga stanie będzie czymś więcej niż zapiskiem z jakiejś konferencji i że Malcolm X, którego ideologia była podstawą nagłośnienia sprawy segregacji rasowej po raz kolejny dołoży cegiełkę w celu zamknięcia etapu jakim jest rasizm na świecie. Nawet jeżeli nam tutaj w Polsce wydaje się że Czarna Ameryka wierzy w coś nierealnego, że czarny prezydent nic nie zmieni, to nie wolno krytykować ludzkiej wiary, bo my także mieliśmy swoje 100 lat gdy była tylko wiara i nic więcej – wydaje mi się że niewiele różni te dwie sytuacje. Bo czy to biała czy czarna skóra, krew mamy tak samo czerwoną – warto o tym pamiętać. Tak jak o tym ile dla obrazu współczesnego świata znaczy ten jeden mały element z czterech.



Odsyłam do książki "Między Malcolmem X a subkulturą gangową" na której głównie się opierałem pisząc ten tekst.

wtorek, 28 października 2008

Jak ona pięknie śpiewa...

Na wstępie, osobom, którym po przeczytaniu tytułu, w myślach pojawiła się Kaja Paschalska od razu powiem, że nie chodzi o nią. (swoją drogą pozdrawiam serdecznie, bo to moja wiecznie smutna koleżanka z liceum)
Temat, który mam zamiar dotknąć jest bardziej ogólny. Kobiece wokale.
Jedni ich nienawidzą (vide 12 lat, bluza JP i przekonanie że dzieci przynosi bocian), inni nie widzą bez nich muzyki (miłośnicy płaczliwych piosenek o złamanym serduszku aka pękniętej gumie). No i oczywiście, jak zawsze jest jeszcze forma pośrednia.
Sam osobiście bardzo lubię kobiecy głos czy to stricte rapowy czy bardziej śpiewany. Nawet duety z raperami, które większość środowiska podpisuje jako hiphopolo (hiphopcountry?). Jeżeli coś jest dobre, to czemu to besztać?
I tutaj mała dygresja od „czarnej muzyki”....
Jestem świeżo po przesłuchaniu nowej płyty Marii Peszek. Nie chcę recenzować tej płyty, ale parę słów muszę napisać. Albo ja nie rozumiem takiej muzyki, albo ta płyta jest po prostu słaba.

darmowy hosting obrazków


Zachęcony wywiadem ww. artystki z Moniką Olejnik, sprawdziłem to „dzieło”, licząc na naprawdę dobra muzykę, tym bardziej że album ten został dość mocno „zjechany” na ramach Naszego Dziennika, co jest oczywistą rekomendacją. Zawiodłem się niemiłosiernie. Nie rzucałbym tutaj „grafomaniami” jak dziennikarze ND, ale Erykah Badu to to nie jest.
Rozumiem, że zamysłem artystki było poruszenie tabu jakim seksualizm i szeroko rozumiana erotyka. No cóż, wyszło jak wyszło. Główne uczucie jakie miałem po przesłuchaniu płyty to pewien niesmak. Jeżeli to mają być teksty, które wg pani Marii można mruczeć do ucha w łóżku to ja już wolę, żeby kobieta milczała. Płyta miała być przełomowa, a wg mnie jest nijaka i niczym się nie wyróżniająca. Być może dla osób, które słuchają wyłącznie Eski czy RMF 24/7 jest to pewna pikanteria, ale raczej nie dla ludzi znających choćby XIII Księgę Pana Tadeusza. Całokształt tej płyty dopełnia fakt, że pani Maria podobno pisała teksty ponad rok, dzień w dzień.....niespełna 20 piosenek. Na litość boską, gdyby Eldo, Tede czy Te Tris powiedzieli w którymś wywiadzie że przygotowywali jedną płytę ponad rok to chyba byłby ich koniec. Zresztą zacytuję tutaj Jerzego Bralczyka „być może tak (spontanicznie) tworzy się najlepsza poezja”.
Całość doprawia muzyka, która co najwyżej usypia, a nie wprowadza nastrój.
Sam się sobie dziwię, że ta płyta mnie nie porwała, bo śpiewana poezja w wykonaniu Anny Marii Jopek czy nawet Michała Żebrowskiego mi się podobała. Marię Peszek przekreślam.
Nadal płytą numer jeden w Polsce na romantyczne albo „romantyczne” wieczory zostaje Larifari i niesamowity głos Pauliny Kujawskiej. Pomijając świetne utwory z Pezetem i Kretem, jest „Pozostaw”, który w moim mniemaniu jest poza zasięgiem większości polskich gwiazd i gwiazdek.

darmowy hosting obrazków


Szkoda, że płyta ta była tak słabo wypromowana i to w okresie kiedy, prawie każdy Polak łykał utwory zachowane w stylistyce R&B/Rap. Szkoda.
Wracając jeszcze do nieszczęsnej Marii Peszek, zdecydowanie bardziej polecam nową (tzn. nową jak nową) płytę Ani Dąbrowskiej „W spodniach, czy w sukience”. Będąc na pannie zdecydowanie lepiej słyszeć delikatny wokal niż „sonet do napletka”....

darmowy hosting obrazków


Jednak nie zawsze jest tak różowo, że każdy się zachwyca kobiecym śpiewem. Chyba najlepiej odczuł to Mezo, który za duet z Kasią Wilk (zresztą bardzo dobrą wokalistką) przekreślił się do końca jeżeli chodzi o rap. Chciał być jak Common, a skończył jak Nelly, szkoda bo "Mezokracja" to wbrew powszechnej opinii dobra płyta i co oczywiste najlepsza w dorobku Meza. Dalej równia pochyła.
O Eryce Badu pisać nie będę, bo ile ona znaczy dla współczesnej muzyki wie każdy, albo przynajmniej powinien wiedzieć.
Chciałbym natomiast poruszyć wątek Stacy Epps. Większość osób powinna ją kojarzyć z ostatniego Hip Hop Kemp czy nawet bardziej z Madvillain (kawałek „Eye”).
W tym roku nagrała ona nową płytę - „The Awakening”i takimi utworami jak „Addicted” czy „Floatin” zniszczyła wszystko co słyszałem z kobiecego „„rapu”” w tym roku, a pewnie i kilku lat wstecz.



darmowy hosting obrazków

Podejrzewam, że to jeszcze nie koniec i Stacy oprócz urody zaprezentuje niejednokrotnie dobrą muzykę (po prostu).

Celowo pominąłem Lilu(a właściwie zostawiłem ją na koniec), gdyż nie wybaczę jej debiutu. Liczyłem na album, który będę katował non stop przez kilka miesięcy, a podkładami od Reno i niektórymi featuringami jak np. Rahima czy Finkera zniszczyła wszystko. 2 dobre kawałki nie ratują tej płyty.
I jeszcze abstrahując od solowych wokalistek, może teraz, gdy już nawet Viva nie gra rapu, więcej raperów w Polsce zacznie zapraszać kobiety na tracki. Dziwne że Talib Kweli może mieć co najmniej 5 kobiet na jednej płycie, Lupe Fiasco też i nie są posądzeni o komercję, a nad Wisłą najmniejszy sampel z nawet Haliny Frąckowiak byłby natychmiast zakatowany (albo zaCUTowany). Dystansu trochę....

PS. Jeżeli ktokolwiek odniósł wrażenie, że wartościuję artystki ze względu na urodę to jest to dobre wrażenie ;)

wtorek, 16 września 2008

Kult mainstreamu

Zaczął się rok szkolny. No i w sumie się cieszę bo bydło (bez urazy) przynajmniej połowę dnia spędza w odosobnieniu od internetu, no chyba że wyrywają panny na internet w smartfonach. Ale nie o tym chciałem.
Im bardziej rap znika z mediów i życia codziennego przeciętnego polaka, tym bardziej widać podział jaki się dokonał w środowisku osób słuchających tej muzyki.

1) Plankton - czyli "K44 i pfka sa najlepsze, mam jedenaście lat i znam aż 20 piosenek hip hopowych wiec mnie do niczego nie przekonasz". magik rip

2) Narybek - osoby znające poza kalibrem i paktofoniczką także tedzika (tylko s.p.o.r.t i esende). Zawadzają o Eminema a 50 Cent się sprzedał

3) Okonie - Baunsiarze - Tede, Pih, Mes, Dirty South (z lekka). Z undergroundu PeeRZet i VNM. A, no i Smarkacz

4) Szczupaki - Wiedzą kto to Eis, Ash, WOCC. Znają polski underground i bardziej znane podziemie amerykańskie jak Dilated Peoples czy Black Star. Z takimi najłatwiej się dogadać bo zazwyczaj chcą poszerzac wiedzę

5) Węgorze - Stone Throw Rec to ich mekka. Polski rap tylko pobieżnie bo jest słaby. Rocznie sprawdzają 300 płyt z czego 2 słuchają więcej niż 2 razy.

6) Piranie - "Evidence to mainstream", "kto to jest fifty?". Słuchają tylko raperów którzy w last.fm mają mniej niż 1000 przesłuchań. Nie pogadasz.

7) Meduzy - czyli kobiety :) możesz sie strać jak tylko możesz, i tak beda znały wszystko to co ty plus wiele więcej. Wiedzą kto to Erykah Badu bez sięgania do wikipedii. Kochają wosk bardziej niż zakupy. Profile na last.fm wskazują na to że istnieją, zycie to weryfikuje dość boleśnie ;) nie no żart. Jedną meduzę spotkałem w życiu, jak już kiedyś wspominałem, kompleksy na jej punkcie mam do dzisiaj.


Progi ewolucyjne do Okonia włacznie to najgorsze co tej muzyce może się przytrafić. Nie można nikogo krytykować za brak wiedzy, wiem. Ale za ignorancje i uważanie się za wyrocznię już można. Rozwijając to co Northim napisał kiedyś o Ostrofilii - co to za śmieszny kult mainstreamu?
Właściwie to wszystko tyczy sie dość wąskiej grupki raperów: Tede, O.S.T.R., Magik, Pezet czy nawet Eldo. Każdy z nich ma swoją grupkę groupies w spodniach którzy zeżrą cie jeżeli tylko coś piśniesz na temat ich idola albo spróbujesz jakiegoś kota postawić wyżej.
Nie chce opisywać każdego z tych raperów osobno, każdego mniej lub bardziej szanuje ale to co się z nich robi - ikony rapu - to jest chore.
Hip hop to undergroundowa kultura wiec teksty typu "jakiś gostek z podziemia nie może być lepszy os ostrego" zasługują do publikacji w Popcornie ale na pewno nie do dyskusji nt. rapu.
O kulcie zmarłego artysty pisać nie będę bo już kiedyś to robiłem, ale to wszystko się łączy. Chyba właśnie w takich dyskusjach widać że kompletnie nie rozumiemy tej kultury i że zacytuje pewnego rapera "zajebaliśmy ją czarnym". To nie jest muzyka która ma na celu kreowanie idoli, bożyszczy. Ma dawać radość, refleksje, otwierać oczy. Ci co stoją za mikrofonem to zwykli ludzie (tak, nawet wasz ostr). Daje słowo że troche samozaparcia i sami moglibyście nagrać "Jazz w wolnych chwilach". Troche inaczej już by było z "Naturalnie" bo tam dochodzą wysokie umiejętności wypracowywane latami. Quasimoto to też raczej bardziej skomplikowana produkcja. Ale tak czy inaczej Te Tris i Madlib to zwyczajni ludzie.
Chyba nigdy nie zrozumiem zachowania takich 'znafcuf'. Nie rozumiem czemu w Polsce po prostu nie szanuje się dorobku artysty tylko robi się z niego Boga. To automatycznie zamyka słuchacza przed dobrymi produkcjami bo dzieciak słyszy później Esdwa i mówi "słaby, wolę paktofonikę". Litości. Obudźcie się bo bedzie za późno.
Proponuje zacząć słuchać rapu a nie idoli. Kończąc ten któtki wpis, zapraszam jeszcze raz na mój kanał na youtube (link poniżej), tam sporo dobrego polskiego undergroundu zebranego przez ostatnich parę lat. Big up!

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

QuickPost Quickpost this image to Myspace, Digg, Facebook, and others!

Modified by Blogger Tutorial

Czarny Czy Biały? ©Template Nice Blue. Modified by Indian Monsters. Original created by http://ourblogtemplates.com

TOP